Zakończenie piątego – czy ostatniego? – epizodu w sadze Metal Gear Solid słusznie wzbudziło kontrowersje, choć należałoby raczej powiedzieć, iż punkt zwrotny wieńczący tą część serii pozostanie najbardziej spornym elementem w ocenie The Phantom Pain. Co tak wzburzyło zwolenników Wężowej sagi? Przede wszystkim fakt, że przez całą grę nie graliśmy „tym” Big Bossem. Uwaga słuszna, ale jak wykaże poniżej, nie w pełni uzasadniona. Ostatecznie zmieniono wizerunek także samego Big Bossa – tym razem tego prawdziwego, zmieniając go w opinii jednych w „tchórza”, a według innych przekreślając jego znaczenie w dotychczas poznanej historii. Również sam timeline nie oparł się zarysowaniem prezentując zgoła odmienne spojrzenie na wydawałoby się dobrze już znane wydarzenia. Czy w takim razie – jak w cytacie z Fryderyka Nietzschego otwierającego ostatni rozdział w grze – wystarczy po prostu uznać, iż faktów nie ma, pozostają same interpretacje?

Kojima w końcu TO zrobił. Podmiana protagonisty i zastąpienie go sobowtórem/klonem tudzież zupełnie inną postacią było od zawsze mokrym snem części środowiska Metal Gear Solid, choć druga połowa pewnie widziała w tym spełnienie koszmarnych wizji. Zaczęło się od kiedy Hideo postanowił wprowadzić na scenę Raidena, spychając w cień Snake’a. Jeszcze przy Metal Gear Solid 3 zastanawialiśmy się czy gramy tym właściwym Wężem, zaś przy czwórce designer trzymał fanów w niepewności prezentując podstarzałą wersję Solida przeplatając go na przemian obrazami z jego młodszym odbiciem. Spójrzmy prawdzie w oczy: to musiało się stać. Jednak bolączką fabularnego rozwiązania piątki nie jest sam fakt zepchnięcia postaci Big Bossa na tło reszty sagi, ile raczej literalizm samego pomysłu: problemem jest dosłowność, brak niedopowiedzeń czyli tej mistycznej atmosfery kiedy narracja zjeżdżała do wielopoziomowych rzeczywistości wywołując u graczy stan zwątpienia jednocześnie otwierając furtkę do odkrywania różnych znaczeń pozornie tego samego. Jednak tak bezpośrednia i pozbawiona swej metaforycznej wartości ingerencja w fabułę sprawia, że dostajemy czysty fakt bez miejsca na interpretację, trzymania fanów na granicy niepewności. A może tym razem zamiast mających swój urok symbolicznych skojarzeń, Hideo Kojima wykładając w bolesny sposób wypraną z niejasności prawdę, zażądał od zwolenników większego zaangażowania w rozwiązywaniu w fabularnej tajemnicy, gdzie pozornie jej nie ma? Pójdźmy tym tropem.

W „Symulakrach i symulacjach” francuskiego filozofa Jeana Baudrillarda pojęcie symulacji nie odnosi się do zwykłego udawania czy też naśladowania rzeczywistości gdyż tej zwyczajnie już nie ma. Realność zastępuje hiperrzeczywistość: pozbawiona referencji na takiej samej zasadzie jak abstrakcyjny obraz nie musi mieć swojego odzwierciedlenia w prawdziwym modelu. Symulacja – w której żyjemy – nie jest więc fikcją (to zakładałoby istnienie jeszcze jakiejś szczątkowej rzeczywistości) lecz jest obrazem czy też modelem samej siebie – skrywa jedynie już brak rzeczywistości, którą jednak trzeba czymś zastąpić mianowicie jej widmowym doświadczeniem przez produkowanie historycznych retrospekcji, medialnych spektakli, filmowej fikcji. Jednym z naczelnych przykładów dominacji symulacji jest według autora kwestia nuklearnego odstraszania oraz…klonowania. W obydwu przypadkach dochodzi do podwojenia lub podstawienia tego co uznajemy za rzeczywistość lecz nią nie jest gdyż w gruncie rzeczy służy zupełnie innym niż na wyjściu celom. System atomowego odstraszania zaprzecza sam sobie w tym sensie, iż w teorii nuklearny wybuch nigdy nie zaistnieje – jest nieprawdopodobny – jednak zagrożenie w świadomości mas pozostaje choć służy już tylko jako pretekst do produkcji coraz to bardziej zaawansowanego arsenału. Strach i bezprzedmiotowe ryzyko jest natomiast celem do podtrzymania systemu bezpieczeństwa opartego na rozwijaniu technologii lecz samego zagrożenia już nie ma: pozostaje symulacja. W dużej mierze chodzi także o utrzymanie fikcyjnych struktur władzy, dla której sama koncepcja tak rozumianego bezpieczeństwa oraz równowagi jest jedyną racją bycia. I to właśnie na rozwoju technologii zasadza się klonowanie: obraz oryginału, który można pomnażać w nieskończoność. Z genetycznej matrycy, wyabstrahowanych komórek, powstaje w końcu model, artefakt, pozbawiony związku z oryginałem kiedy przechodzi w fazę reprodukcji. Powielany tak obraz wypiera to co na początku reprezentował. Symulacja jest więc formą kontroli ukazując abstrakcyjne wydarzenia jako jeszcze coś znaczące potencjalne zagrożenia w rzeczywistości dążąc do ukrytych celów poprzez produkowanie złudzeń podtrzymujących wiarę w obiektywne fakty.

Byłoby zbytnim uproszczeniem gdyby teorię symulacji odnieść wprost do tego jak kończy się Metal Gear Solid V. Jednak główna analogia zasadza się na tym do tego jak w grze zostaje przedstawiona rola „legendy” Big Bossa – jego wizerunku. W tym scenariuszu Big Boss przestaje formalnie istnieć jednak jest on wciąż obecny w osobie jego mentalnej kopii – fantoma – który staje się nośnikiem legendy Snake’a. Ale cóż – jak mówi Snake w dwójce – legenda to pewnego rodzaju fikcja, zapamiętana i powtarzana przez innych i poniekąd z takim namacalnym złudzeniem spotykamy się w momencie wyjawienia tożsamości Venoma. Z perspektywy kanonu zmieniło się wszystko ale też nic się nie zmieniło. To fantom jest „tym” Big Bossem, którego znaliśmy od początku – żadnego innego nie było i w tym sensie nasze emocjonalny stosunek zbudowany do Big Bossa znanego z późniejszych części został wypracowany na dokonaniach jego dubla, podróbki. Samo to w sobie podważa sensowność zabiegu ale można też przyjąć pogląd pokazujący tragedię Venoma, jako tego oszukanego, wypranego z własnej tożsamości żołnierza, który służy za tarczę dla legendy – którą reprezentuję – tylko po to żeby zginąć na końcu nigdy do końca nie będąc sobą. Pomyślcie o Raidenie jakiego znamy z końca Metal Gear Solid 2 – jego katharsis w końcu polega na uwolnieniu się od przeszłości i wybraniu siebie jako jednostki, niezależnej w podejmowaniu własnych wyborów a co za tym idzie także autonomicznej przyszłości. Fantom zaś jest tylko ikoną dla jakiegoś celu, dla sprawy, ale identyfikować może się tylko z tym co zostało mu zewnętrznie narzucone: jest zupełnie inną osobą, przeszczepiono mu pamięć, zabrano życie. I jeśli prawdziwa jest ta analogia utożsamiająca protagonistę z graczem, to postać którą kierujemy jest nie tyle co nami ile raczej nastąpiło odwrócenie ról, kiedy bohater znika ze sceny pozostawiając w swoje miejsce kopię, którą poniekąd na siłę musimy się stać. Wchodzimy w rolę widma idealnie obrazując tytułowy ból fantomowy jako utratę czegoś istotnego dla świadomości a w końcu giniemy…za bycie kimś innym.

Gracz przestaje być Big Bossem ale jednocześnie nadal nim jest. Jak pogodzić tą sprzeczność? Tutaj musimy się odwołać do Orwella i jego terminu dwójmyślenia. W powieści „1984” – uznawanej za wzorzec do wszelkich dystopijnych odniesień – pojęcie to oznacza manipulowanie rzeczywistością pod postacią wyznawania przez członków partii dwóch wzajemnie wykluczających się poglądów. Mentalnością partii rządzi podstawowe przekonanie, iż fakty jak i przeszłość obiektywnie nie istnieją a co za tym idzie ich kształt jak i treść podlega nieustannym zmianom: wydarzenia istnieją w formie wspomnień a jako takie mogą zostać zatarte i zastąpione innymi faktami. Przeszłość więc może być swobodnie modelowana gdyż to partia decyduje o tym co jest prawdą absolutną. „Kłamać z pełną premedytacją, a jednocześnie wierzyć głęboko we własne słowa” – pisze Orwell. System myślenia negujący obiektywną rzeczywistość sam w sobie został uwarunkowany błędami poprzednich modeli państw autorytarnych, w których jawna hipokryzja doprowadzała w końcu do podziału między władzą a społeczeństwem, natomiast tam gdzie fikcja i prawda zostają zachowane w równowadze system zostaje podtrzymany. W fabule piątki pojęcie doublethink pojawia się w jednym konkretnym przypadku i jest określeniem używanym przez Ocelota na stan autohipnozy i braku świadomej wiedzy na temat egzystencji prawdziwego Big Bossa. Ale na tym nie koniec gdyż pojęcie powinno odwoływać się bardziej do manipulowania procesem myślowym gracza, jeżeli ten ma jednocześnie pogodzić ze sobą istnienie Venom Snake’a, który de facto przejmuje funkcje i Big Bossa w jego historycznym zapisie, nie rezygnując jednocześnie z przekonania, iż działający za kulisami Snake pozostaje jedynym autentycznym Big Bossem. Rzeczywistość i fikcja zostają pogrzebane pod techniką władzy nad świadomością, konsekwencją zaś jest rozmycie i przezwyciężenie jednostki pozbawionej poczucia rzeczywistości. I to właśnie przeciwko takiemu stanowi walczy Skull Face – pozbawiony przeszłości i twarzy, z zniekształconą osobowością – a której ostatecznym produktem jest fantom Big Bossa.

Postać Venoma jest więc świetnym przykładem w sadze jak działa system kontroli wypłukujący wszelką indywidualność – jest więc sensem całej serii. Swoją drogą także w tym momencie zmienia się nasz obraz Big Bossa, który pokazuje to jego negatywne oblicze jako żołnierza walczącego o wyzwolenie z bycia marionetką w rękach rządu jednocześnie stosując się do metod przeciwnika przez wykorzystywanie jego bogatego arsenału narzędzi manipulacji (w końcu Venom to kolejny produkt możliwości Zero) przez tworzenie pionków. Jest więc i hipokrytą i oszustem walcząc przeciwko temu czym sam się stał. Na tym polu zupełnie nowe znacznie zyskuje rola Liquida jako tego, który chciał się uwolnić od swojego wadliwego dziedzictwa nie chcąc być tylko kopią, klonem, zapisem z już wyznaczoną historią. Tego też właśnie chciał Skull Face wyzwalając się spod kontroli tych, którzy wymazują tożsamość przez odgórne określanie przyszłości. Na poziomie kontrastów Skull Face jest duchem pozbawionym przeszłości Venom zaś pozostaje zaprogramowaną osobowością – dwa fantomy jednak tylko jeden z nich kończy jako żołnierz ze złamaną wolą. W ten sposób zarówno Liquid jak i Skull Face urastają do rangi bohaterów a ich celem nie jest zwykła zemsta (skoro nie możemy przywrócić zmarłym życia) ile walka o zachowanie swojej podmiotowości wyzwalając się spod narzuconej definicji tożsamości. I na tym właśnie polega demoniczność Big Bossa, który jest tym przeciwko czemu stawiał opór. Czyż nie to powinien czuć gracz kiedy widzi jak Snake przejmuje nazwisko oraz twarz, cechy które gracz wprowadza na początku tytułu jako własne, de facto kradnąc to kim jesteśmy? To Big Boss staje się graczem nie na odwrót! Dlatego Miller w Metal Gear 2 może o nim powiedzieć, iż jest potworem a koło się zamyka.

Wracamy do baudrillardowskiej koncepcji symulacji i widzimy jak fantom, to co jest wyobrażeniem, staje się rzeczywistością nie będącą jednak oryginałem staje się narzędziem kontroli, zapisem z odgórnie ustalonym scenariuszem mającym za zadanie proliferacje idei Big Bossa – ale nigdy nie służy samemu sobie. Tym samym ulega także zatarciu romantyczna legenda Big Bossa jako zdradzonego przez kraj żołnierza, który w końcu sam staje się buntownikiem w konsekwencji jednak przekreślając historię utraconej niewinności nie przez stanie się terrorystą – bo nie ma żadnego legalnego systemu, z którym można walczyć – lecz identyfikując się środkami używanymi przez oficjalną władzę. Dziedzictwo Big Bossa następnie rozprzestrzenia gracz ale już tylko w roli zdeterminowanego i pozbawionej własnej substancji wehikułu będąc de facto wojenną maszyną w ciągu zapętlonych konfliktów. Legenda Big Bossa zostaje zachowana tylko o ile zostaje zreprodukowany pewien wzór polegający na mechanicznym odtwarzaniu lecz, odwołując się do nieistniejącej już przeszłości Snake’a, pozostaje fikcją tak samo jak nie ma już prawdziwego Snake’a. Nie ma więc interpretacji ponieważ nie ma faktów, pozostaje zaś symulacja tu rozumiana jako wydarzenie – które nie służąc sobie samemu – pozostaje odbiciem czy też widmem, złudzeniem, cieniem czegoś dawnego co już przestało istnieć zmieniając się i piętrząc w zupełnie nową rzeczywistość odcinając się jednak od jakiejkolwiek prawdy.

Od początku do końca gramy podróbką wierząc, iż jesteśmy tą właściwą osobą by na końcu przekonać się, iż w gruncie rzeczy żadnego innego Big Bossa nie było – to cały czas ten sam Snake znany z historii, najlepszy żołnierz dwudziestego wieku. Przyczyna tego fabularnego wstrząsu może również leżeć bezpośrednio w studiu produkcyjnym nie zaś w grze i jest konsekwencją wewnętrznych tarć między wydawcą a deweloperem. I jeśli gracz pozostaje w skórze tego fikcyjnego Big Bossa, jest kopią, to co dzieje się z oryginałem? Odchodzi w cień żeby rozwijać i budować ideę własnego państwa. To w dużej mierze odbicie sytuacji jaka miała miejsce na końcu procesu produkcyjnego Metal Gear Solid V. Trzymając się nadal tego założenia, iż wirtualną reprezentacją – proxy – gracza w grze jest Venom, wtedy rolę avatara twórcy dla którego nie ma już miejsca przy budowie serii przejmuje Big Boss – jako mentora gracza, pełniąc tą samą funkcję co Snake względem Raidena i The Boss jako nauczycielki Snake’a w trzeciej odsłonie serii. Na usunięcie znaku „A Hideo Kojima Game” można spojrzeć symbolicznie gdzie Hideo Kojima zostaje odsunięty od własnego projektu i to dlatego wraz z nim musi odejść Big Boss – choć nie do końca, odchodzą ale tylko po to by realizować własne plany nigdy nie zanikając do końca. Big Boss/Hideo Kojima przyjmuje tożsamość gracza stając się jednym z nas lecz schodząc ze sceny zostawia gracza w roli Venom Snake’a gdyż to oryginał zawsze będzie należeć do autora.

 

From The Man Who Sold The World