Łał, pojechałem w tym roku. Zdecydowałem, że zamiast męczyć garść tytułów, chcę próbować wszystko co mnie zainteresuje. W rezultacie nazbierało się tego i nie żałuję, bo doświadczyłem sporo bardzo dobrych i kilka wspaniałych gier. Jeśli kogoś to interesuje, w wytropieniu wszystkich gier w jakie grałem w tym roku pomógł mi serwis raptr.com. No to jak komuś się chce czytać...
Na początku roku ukończyłem
inFamous 2. Chociaż system moralności ma raczej zepsuty, a walka jest niezbalansowana, to gra wskoczyła na pierwsze miejsce moich ulubionych "symulatorów super-bohatera". Nawet Arkham City go nie zdetronizował w moich oczach. Bieganie po mieście to ciągłe znajdywanie sekretów (przydatnych w grze, nie dla samego zbierania), misji oficjalnych i nieoficjalnych (robionych przez graczy w edytorze w stylu LBP) oraz losowe walki i zdarzenia sprawiały, że ciężko było biegać od A do B i nie zbaczać co chwila. Tak się robi sandboxa.
Później zaliczyłem dodatek
Festival of Blood. W sumie to taka trochę lepiej zrobiona seria misji w edytorze, ale wampiryczne moce dawały niezłą frajdę, szczególnie latanie w formie grupki nietoperzy. Dobry dodatek za małą kasę.
Resistance 2 okazał się niezłą strzelaniną o zaskakująco wysokim poziomie trudności. Kilka fajnych motywów, trochę inspiracji serią Half-life oraz ciekawy coop na dużą skalę (8 graczy vs mała armia), w którego ludzie grają do dzisiaj! Zdecydowanie planuję zaliczyć trójkę.
Bioshock 2 to specyficzny przypadek, gdzie chciałem grę zgłębić, mimo że próbowałem jej nie lubić. Ostatecznie, mimo pewnych zastrzeżeń ukończyłem ją i chyba zostałem fanem. Bardzo dobry pomysł na system moralny, gdzie konsekwencje naszych czynów widzimy pod postacią protegowanego biorącego bohatera za wzór do naśladowania.
Z
Vanquish miałem odwrotnie, chciałem ją lubić, ale mi się to nie udawało. Nawet biorąc kretyński scenariusz z przymrużeniem oka ciężko traktować jako rozrywkę ciągłe przerywanie gameplay'u bezsensownymi dialogami i scenkami. A samo strzelanie, choć bardzo fajne, to jednak mało rozbudowane i szybko stało się schematyczne . Na szczęście gra była krótka.
Castlevania: Lords of Shadow miała wiele problemów, ale jednak zapamiętałem ją pozytywnie. Zdecydowanie udzieliła mi się atmosfera i nie będę kłamał, że grafika i muzyka pomogły w odbiorze, ale największą rolę miała tu narracja. Patrick Stewart dał radę, chociaż po jakimś czasie ma się już dość tych monologów, ale to raczej przez długość gry.
Game Dev Tycoon to taki randomowy zakup z wyprzedaży na Steam. Byłem ciekaw tej meta-gierki. Jak ktoś ma ochotę na taki symulator i nie przeszkadza mu złożoność gierki na smartfona, to można się nawet wciągnąć. Póki co ukończone tylko raz.
Oj długo grałem w
Fallout: New Vegas. Miał swoje wzloty i upadki, ale mimo wszystko to moje ulubiona odsłona serii. Możliwość wyboru strony konfliktu i manipulowanie frakcjami to władza, która faktycznie pozwala wpływać na losy pustkowia. Nie chcesz popierać żadnej ze stron? Stwórz swoją i zwerbuj inne frakcje! Nigdzie nie czułem tak namacalnej władzy nad losem całej społeczności w rękach jednostki (czyli simy się nie liczą!). Ta gra utwierdziła dla mnie pozycję Obsidian jako mistrzów RPG. Szkoda, że tak słabo im idzie optymalizacja kodu. Trzeba wrócić do korzeni, Planescape: Torrment już czeka (dzięki, GOG!).
The Unfinished Swan to bardzo ładna mała giereczka. Czuć jednak niedosyt po szybkim ukończeniu. Co poziom jest trochę inna mechanika, więc nie ma nudy. Czuć jednak, że to raczej gra dla dzieci. Może to przez pretensjonalne uwielbienie indie, ale chyba za bardzo chcę ją polubić. Z drugiej strony, z Journey potrzebowałem kolejnych podejść, aby naprawdę mnie poruszyła, więc na pewno dam jej jeszcze szansę.
W
Sleeping Dogs zagrałem bo akurat miałem psplus i dobre wspomnienia jeszcze z True Crime: Streets of L.A. (duchowy przodek). Skończyłem cały wątek główny niemal ciurkiem, historyjka całkiem niezła. Świetnie się strzelało, walka wręcz odpowiednio rozbudowana, no i wesołe pościgi z możliwością spychania i strzelania w zwolnionym tempie driftując. Dobry sandbox, ale pojedyncze ukończenie w zupełności mi wystarczyło.
The Lost and Damnded – wzór tego jak robić DLC. Nie mogłem się przekonać po Sleepeing Dogs, ale zrobiłem sobie przerwę, odpaliłem od nowa i kolejna gra ukończona ciurkiem. Przez GTAV odłożyłem Balladę.
W
Grand Theft Auto V trochę już pograłem, ale nie spędziłem nawet ułamka czasu, jakiego bym chciał na nią jescze poświęcić. Jak dotąd rewelacyjnie rozbudowana, a misje genialnie zaplanowane i napisane, ale w postaciach brakuje czegoś... solidnego

. Nawet razem wzięci nie są tak mocni jak Niko. Na szczęście ta różnorodność usuwa problem, jaki miałem w GTAIV, czyli zbyt sympatycznyprotagonista aby z czystym sumieniem siać bezsensowną destrukcję. Mimo wszystko lepsze wrażenie zrobił na mnie RDR.
Ratchet & Clank: All 4 One to zaskakująco dobra platformówka w coopie. Jest dokładnie tym, czym seria dotąd nie była. Miała momenty, ale że kompanów miałem tylko okazjonalnie, jako fan Ratchetów byłem zawiedziony.
Ratchet & Clank: Q-Force – kolejne dziwadło

. Połączenie klasycznego ratchetowego strzelania z szybkim lataniem na lewitujących butach i taktycznym zdobywaniem terenu. Gra powstała przede wszystkim dla rozgrywki wieloosobowej i jestem wśród małej niszy, której bardzo się spodobała. Ja w ogóle jestem fanem dziwacznych multiplayerów. Pewnie dlatego, że łatwo jest się wybić w rankingach, kiedy wszyscy razem z Tobą muszą uczyć się od zera o co w tym chodzi i jak wygrywać.
The Walking Dead narobił trochę szumu i nareszcie jestem dumny z tego, jaki tytuł trafia do mainstreamu. Wspaniały scenariusz i wybory, które ewidentnie mają na celu torturowanie graczy okazały się złotym środkiem na odrodzenie klasycznych przygodówek (“point'n'click” to złe określenie, lepiej pasuje “hidden object game”). Warto zagrać, niezależnie od preferencji gatunkowych.
Z
The Last of Us jest trochę podobnie jak z The Walking Dead. Poważna gra AAA trafia w serce mainstreamu, robi szum, wszyscy pieją z zachwytu. I dobrze. Mimo swoich problemów z realizmem w mechanice, gra wciąga jak bagno gęstym klimatem. Niemal każde starcie było wyjątkowe, lokacje przepiękne, a postaci wiarygodne jak w mało której grze. Aż trudno mi uwierzyć, że zrobili to ci sami ludzie co głupawe Uncharted. To tak jakby twórcy Call of Duty Black Ops spłodzili Bioshocka. Aha, to również pierwsza gra, jaką ukończyłem wspólnie z dziewczyną. Fajne doświadczenie, ale i tak mam ochotę ukończyć ją jeszcze raz – sam, w swoim tempie. No i multiplayer jest zaskakująco dobry, nawet rzuca trochę światła na potyczki w singlu.
XCOM: Enemy Unknown z miejsca wskoczyło na listę moich ulubionych strategii. Inwazja kosmitów, zarządzanie bazą i systemem obrony planety, taktyczna walka turowa z nieznanym przeciwnikiem – nie trzeba mi wiele więcej
Final Fantasy XIII męczy mnie już zbyt długo. Z jednej strony chyba najgorszy początek w historii gier i wiele godzin nudnego tutorialu, z drugiej ciekawy świat i niezły pomysł na fabułę, gdzie intensywne konflikty między postaciami wręcz piszą się same. Pewnie kiedyś dotrwam do końca.
Zacząłem też grać w
Final Fantasy VII i musze przyznać, że w pewnym sensie rozumiem fenomen – w tamtych czasach pewnie robiło wrażenie, ale teraz nie widzę w czym się wybija. Jest w tej historii trochę ciekawych motywów, ale nie wiem... Po FFX żadna inna część nawet w połowie mnie tak nie wciągnęła. Ale tak jak w wypadku FFXIII, nie ukończyłem jej, więc moja opinia jest wciąż inwalidą.
Batman: Arkham City – bardzo dobra skradanka, świetna bitka, wypasione gadżety i otwarte środowisko... to jak dla mnie trochę za mało, żeby piać z zachwytu. Świetnie się bawiłem, ale o zachwyt mi ciężko. Głupkowaty scenariusz pokazuje, czym skutkuje służalczość fanom. Czy ktoś odczuwał jakiekolwiek emocje w trakcie tej gry? A jeśli to nie miało być poważne, to po co ten mrok? Dlaczego nie zrobić jej w stylu złotej lub srebrnej ery komiksów? Filmy i animacje pokazują, że Batman może być postacią. W grze jest robotem. Terminator miał więcej osobowości – to nie jest hiperbola. Polecam
Spec-Ops: The Line pod maską krzyżówki Call of Duty z Uncharted ukrył prawdziwą głębię, moim zdaniem godną oryginału (Jądro ciemności, Czas apokalipsy). Oczywiście, że gra nie jest idealna, ale pokazuje, że branża gier to nie tylko eksploatowanie potrzeb grających. To także lustro, które może ukazać niepokojącą prawdę o nas samych.
Gone Home to jeden z tych tytułów nad którym krytycy się po prostu rozpłynęli, a cała reszta nie bardzo wiedziała dlaczego. Niestety znowu wylądowałem po środku. Gra urzeka realizmem lokacji i niesamowitym przywiązaniem do szczegółów, a także bardzo zgrabnie opowiedzianą historią, którą odkrywamy znajdując notki. Trochę jak Bioshock bez akcji, co sami twócy zasugerowali. Byłem pod sporym wrażeniem, kiedy okazało się, że kolejność odnajdywanych notek nie jest za każdym razem taka sama, tylko zależy wyłącznie od kierunku eksploracji. Kunszt level designu. To jedna z tych gier, które prezentują imponujące i wciąż niezbadane możliwości medium w temacie opowiadania historii.
Papers, Please kontynuuje mój tour z grami indie. Ta jest o sprawdzaniu dokumentów na granicy w fikcyjnym państwie komunistycznym. Ciężko opisać co sprawia, że jest dobra. Naprawdę dobra. Chyba przez cały kontekst w jakim akcja jest osadzona i to jak nieoczekiwanie potrafi postawić na nogi za każdym razem, kiedy myślimy, że wiemy już o grze wszystko. Ten tytuł potrafi stresować i dołować, ale przy tym zaskakująco angażuje. Idealny przykład, że dobre gry nie zawsze muszą być “rozrywką”. Chociaż w pewnym sensie jest... Hmm...
FEZ to gigant wśród indie i trzeba przyznać, że ten niezwykły świat 2,5D ma w sobie wiele czaru. Niektóre zagadki są tak subtelnie ukryte, że aż wywołały u mnie uśmiech. Uwielbiam, kiedy gra nie obraża inteligencji grającego. Oczywiście nie rozwiązałem wszystkich zagadek

. Mimo to większość czasu spędziłem włócząc się i to chyba najbardziej drażni w tej grze. Nie zrozumiałem wszystkich dziwacznych sekretów, ale po tylku “kilometrach” miałem dość podróży.
The Stanley Parable to chyba największy mocarz indie zeszłego roku. Grałem w nią kiedy jeszcze była modem i zmiażdżyła mnie. Więc gdy wyszła “wersja HD”, nie mogłem się powstrzymać i kupiłem. Ciężko też odmówić czaru wersji demo, która jest w ogóle osobnym bytem. Nie chcę opisywać tej gry. Jak dla mnie czysty geniusz. Trzeba spróbować. Jak boicie się płacić, szukajcie darmowego moda (nie sprawdzałem, ale chyba jest wciąż normalnie dostępny). Próbowałem coś jeszcze dodać, ale nie mogę. Jeszcze bym zepsuł odkrywanie
Faster Than Light – uwielbiam motyw podróży kosmicznych (Mass Effecty FTW!), a reputacja tej małej gry jest dość potężna, więc koniecznie musiałem spróbować. Ciężko jej odmówić siły wywoływania nałogu. Perma-death (czyli śmierć na stałe – jedna przegrana i nara, zaczynaj całość od nowa) dodaje jej niezwykłego smaku i wbrew pozorom tylko zachęca do kolejnego, przydługiego podejścia. Wciąż nie wiem czy kończy się ostateczną bitwą, czy to dopiero jakiś pierwszy rozdział, bo nigdy nie zaszedłem dalej. Jestem ciągle ciekaw i nie, nie zamierzam sprawdzać w solucjach
Mark of the Ninja reprezentuje mistrzostwo stealth w 2D. Nie wiem jak inaczej to ująć. Na początku może się wydawać, że akcje są zbyt ustawione, ale gdy odblokowujemy kolejne gadżety, a później inne “style gry”, odkrywamy zupełnie nową głębię. Świetna skradanka.
I Have No Mouth And I Must Scream jest klasyczną przygodówką na podstawie krótkiego opowiadania o tym samym tytule. Na początku zachęcił mnie opis fabuły (i zacna promocja na gog.com). Opowiada o sztucznej inteligencji, która opanowała świat (Skynet, anyone? Swoją drogą ten sam autor napisał opowiadanie, z którego podobno Terminator zerżnął fabułę) i pozostawiła przy życiu piątkę ludzi, tylko po to żeby ich torturować. Brzmi przerażająco, więc musiałem w to zagrać. Nie chcę za dużo spoilować, więc napiszę tylko, że to jak Matrix skrzyżowany z Silent Hill 2 - ktoś zainteresowany?
Wśród multiplayerów w tym roku zarządził
Splinter Cell Chaos Theory. Dołączyłem do imprezy bardzo późno, ale gra wciąż niszczy. Ukrywanie się w cieniu pod nosem kumpli jest bezcenne.
Było też kilka krótkich sesji, np. ledwie 1,5 sesji online w
Civilization V, kilka posiedzeń w
CS: Gobal Offensive z ziomkami,
Far Cry 3 w coopie też zabrał nam sporo snu. Na imprezach powoli zaczyna królować
Injustice: Gods Among Us, bardzo dobra bitka, zwłaszcza dla fanów DC i w ogóle superbohaterstwa

Aha i
The Wolf Among Us od Telltale zapowiada się przekozacko - pierwszy epizod zaliczony. Mroczna opowieść noir w dzielnicy Nowego Jorku zamieszkałem przez baśniowe postacie. Jak tu ich nie kochać za takie pomysły

? Wiem, to adaptacja, ale kurka wodna, i tak polać im. Dla fanów The Walking Dead chyba must play (nie lubię polecać, ale tutaj ciężko o pudło).
Podsumowując, to był naprawdę dobry rok. I wciąż mi mało

. Ale to raczej niedosyt wynikający z braku czasu na poważniejsze zgłębienie którejkolwiek z tych gier. Mam nadzieję, że przez brak next gena ten rok będzie pełny nadrabiania i powrotów do już posiadanych tytułów. Musze odetchnąć

PS. Ciągle coś sobie przypominałem i dodawałem. Obym nie musiał już edytować tego posta
