Uwaga, zbliża się masa tekstu.
Tak, wiem, że w temacie jest "tych którzy grali" - ja nie grałem, dlatego chcę tylko wspomnieć co nieco o fabule, traktując MGS4 jako film (prawie 10-godzinny film...).
Ogólnie powiem tak, oglądało się to genialnie. Wczoraj przez całe popołudnie siedziałem i oglądałem 4 akty. Dziś obejrzałem ostatni akt + epilog; Wszystko to z wypiekami na twarzy (w kilku miejscach pojawiły się nawet łzy ;P). Reżyseria cut-scenek i grafika (szczególnie wykonanie postaci) - cudo. Podobało mi się też to, że filmiki nie były przegadane (coś, przez co straszliwie cierpiał MGS2) - nie było tu zbędnych informacji, (niepotrzebnie) zbyt długich filmików czy wielokrotnego powtarzania tego samego. Cut-scenki były długie ale o ile w MGS2 mógłbym wymienić kilka, które można byłoby spokojnie wyciąć/skrócić nie tracąc wątku i klimatu, tak tutaj miałbym z tym trudność. Również wszystko to, na co psioczyłem nie oglądając jeszcze całości (wyjaśnienie wątku Patriotów, Rose i jej związek z Royem, i wiele innych), po usłyszeniu/obejrzeniu tego w "grze" przestawało być już takie głupie czy naciągane - po prostu człowiek przestaje na to zwracać uwagę, "kupując" wszystko.
Ok, ponieważ łatwiej jest wytykać błędy, niż chwalić, więc swoje kilka groszy dorzucę.
- jak już napisałem w blogu kula, BaB to wg mnie całkowicie chybiony pomysł. Dziewczyny są zwykłymi przeszkadzajkami nie odgrywającymi żadnej roli w fabule; starcia z nimi są do bólu schematyczne (pojawia się i wygłasza swoją regułkę, następnie walka z Bestią, następnie przemiana z Bestii w Piękną, następnie strzelanie do Pięknych, następnie śmierć Pięknych, następnie rozmowa z Drebinem). Przemiany Bestia -> Piękna były zbyt długie (Snake w międzyczasie mógł spokojnie strzelić im w tym momencie w łeb i zaoszczędziłby kilkanaście minut życia) i również opierały się na tym samym schemacie. Ich historie w ogóle mnie nie ruszyły - raz, że były zbyt wymyślne (prawdopodobne, ale i tak zbyt wymyślne), a dwa - Drebin je opowiadał, jakby siedział z przyjaciółmi przy ognisku opowiadajac sobie historie o duchach. Nie mówiąc o tym, że ich historie mnie w ogóle nie interesowały: ot, były jakieś laski, zostały zabite, nie ma potrzeby zawracać sobie nimi dalej głowy.
- spłycenie postaci Liquida i Vampa. Już nawet nie czepiając się tych nieszczęsnych nanomaszyn, Vamp był tu jeszcze płytszą postacią, niż w MGS2 (już tam sądziłem, że jego potencjał został lepiej wykorzystany w "Dead Man Whispers" niż w glównym scenariuszu). Praktycznie, to nie miał on żadnej fabuły - ot pojawił się w kilku miejscach, powalczył efekciarsko, i potem zginął. Jakie motywy? Czemu pracuje z Liquidem? Co go łączy z Naomi? I czemu tutaj już tak efektownie nie unika strzałów, jak robił to w MGS2?
Zaś co do Liquida - zupełnie bezsensowna postać. Ot zwykły płaski bad guy, któremu bliżej do Volgina, niż Ocelota czy Liquida z MGS1. Typowy komiksowy przykład czarnego charakteru, w którym nie ma dosłownie nic pozytywnego i jest zły, bo tak.
- Akiba, a raczej niespójność jego charakteru i próba, na siłę, powiązania go z Shadow Moses; akt 1 i początek 3 - Akiba to typowy debil-nieudacznik, który nie wiadomo jakim cudem trafił do Fox Hound, a którego problemy z żołądkiem w pewnej chwili są już nadużywane. Koniec aktu 3 i akt 5 - Akiba okazuje się być przystojnym młodzieńcem ("Książe Z Bajki", jak już ktoś tutaj wspomniał), odważny, inteligentny i w ogóle świetny żołnierz. WTF? W akcie 5 wymiata tak, że nawet Neo by się nie powstydził, zaś w akcie 1 atakuje Snake'a, nie odbezpieczywszy najpierw karabinu. Dokładnie taka sama sytuacja, jaka była w MGS2 - przez większość gry Raiden to typowy nowicjusz, a potem dowiadujemy się, że to mega-twardziel, który będąc dzieckiem zażerał się prochem i zabijał ludzi

.
- Scena z Meryl i Akibą w akcie 5... bez komentarza. Jest to fajnie zgrane, no ale...
- Snake w 5 akcie, już po wgraniu wirusa; w jednej chwili Snake ledwo się rusza (praktycznie to się nie rusza, leży na podłodze), jest na wyczerpaniu, traci przytomność; po chwili Liquid wszczepia mu serum i staruszek żwawo przez następne kilkanaście minut okłada się ze swym braciszkiem. Przypomnę tylko, że jeszcze niedawno, w serwerowni, wszczepienie serum sprawiło tylko, że Snake mógł ledwo chodzić... (swoją drogą, tutaj cholernie podobał mi się motyw ze zmieniającymi się nazwami na pasku życia oraz muzyką w tle - genialne).
- końcówka. Już nawet nie będę narzekał na powrót Big Bossa, który w ostatniej chwili wyjaśnia całą historię Patriotów (pomimo, iż wszystkie inne ofiary FoxDie umierały w przeciągu kilku minut od pierwszych objawów). Po prostu... jakoś tak przy pojawieniu się pierwszych napisów uważałem, że tam powinien być już koniec; że wszystko, co trzeba było, zostało wyjaśnione i zakończone. A tutaj nagle pojawia się BB i przez kolejne 30 minut dorzuca kolejną garść informacji, która wszystko, co było wiadomo do tej pory, przekręca o 180 stopni. A potem umiera.
O kilku (lub więcej) nieścisłościach czy niedopracowaniach (czemu nikt się nie pokwapił, by opatrzyć Big Mama tą ranę? jakiś bandaż uciskowy by się chociaż przydał) już nawet nie wspomnę.
Mam nadzieję, że kiedyś dane mi to będzie obejrzeć na żywo, w HD. Bo już teraz grafika robiła na mnie olbrzymie wrażenie.