Wraz z dzisiejszym uruchomieniem Metal Gear Solid V: The Phantom Pain zakończył się pewien etap w moim growym życiu - który rozpoczął się dawno temu, kiedy światło dzienne ujrzały pierwsze grafiki z Ground Zeroes. Od tamtego momentu jarałem się jak znicz na Wszystkich Świętych każdą nowinką, chłonąłem każdy trailer odkąd zapowiedziano TPP (które notabene były genialne!), zagrałem w GZ jak tylko wyszło i staniało do 70 zł i czekałem na GZ 2.0 z genialnym rozwinięciem zaprezentowanej idei. I tak dziś, staję przed nagrobkiem. Wypisane, a właściwie wyryte na nim, napisy:
RIP
Metal Gear series
1987 - 2015
Salutuję przez krótką chwilę. Biorę głęboki oddech. Wyciągam broń. Sprawdzam. Ostatni nabój. More than enough. Ładuję pistolet i klękam. Wkładam go sobie w usta. To moja ostatnia misja. Moja, jako Tidusa, Bartka, czy jakkolwiek mnie nie nazwiecie. Rozlega się strzał...
Dyszę ciężko. Nie byłem w stanie tego zrobić. Nie jestem. Tyle jeszcze przede mną... Ale z drugiej strony ten przytłaczający, fantomowy ból. Obiecano mi grę roku. Wszechgenialne zakończenie serii. I gdzie to jest? Gdzie mój zdradziecki i zagadkowy Ocelot? Gdzie moja zemsta? Gdzie mój pojedynek z Liquidem? Gdzie moje przejście na ciemną stronę? Gdzie mój Big Boss? Gdzie mój chapter 3? Pogrążam się w tych ponurych rozmyślaniach, przeklinając własną słabość. Wtem słyszę zmęczony głos.
- Tak jest. Dobrze. Nie ma potrzeby, abyś odchodził tak wcześnie. Minęło tyle czasu... Snake.
Podnoszę głowę i patrzę w lewo. Widzę motocykl, z którego zsiada mężczyzna w fikuśnej kurteczce z logiem Diamond Dogs, oraz cygarem w gębie. Gęste włosy i broda oraz charakterystyczna opaska na oko nie pozostawia wątpliwości, z kim mam do czynienia. Wstaję powoli, i z niedowierzaniem mówię:
- Big Boss!?

Powoli zbliża się do mnie. Chwytam moją broń i celuję do niego. Jeszcze niedawno sam miałem jego twarz. Wierzyłem, że jestem nim. Prawie, jakbym patrzył w lustro. On celuje do mnie, po czym upuszcza swój pistolet. Wytrąca mnie to z równowagi i ułamek sekundy później naciera na mnie stosując CQC. Nie odpuszczam tak łatwo, ale okazuje się, że to nie zwykłe CQC - tylko legendarny CQC Hug.
- Odpuść, mój synu - mówi mi wprost do ucha. I wiem, że nie ma na myśli tylko pistoletu. "Odpuść. MGSV jest tym, czym jest i tego nie zmienisz." tak właśnie interpretuję jego słowa, choć nie to wychodzi to z jego ust. - Nie przybyłem tu, żeby walczyć. A może powinienem nazwać Cię bratem?
- Co? - wyrażam cicho swe niedowierzanie. Te słowa mają jeszcze większy wydźwięk w obliczu tego, kim byłem jeszcze miesiąc temu. Jego fantomem. Jego ubezpieczeniem. Nosicielem jego legendy.
- To koniec. - "No tak" myślę sobie "To koniec. Ta gra to już przeszłość. Była. Minęła. Koniec." - Czas, abyś odłożył pada i żył.
Dopiero wtedy zdaję sobie z tego sprawę. Przeżyłem emocjonalnie tę grę. Miała swoje dobre momenty. Miała złe, niestety więcej. Wpłynęło to na mnie. Ale czas przejść nad tym do porządku dziennego. Ostatni raz czułem się tak po Mass Effect 3. Kiedy Shepard... Kiedy JA oddałem życie za galaktykę w walce ze Żniwiarzami. "Big Boss ma rację" myślę sobie "czas odłożyć pada i wyciągnąć płytę z czytnika". Wyjmuje mi broń z dłoni i rozbraja ją.
- Wszystko zaczęło się od grupy starych głupców... A właściwie jednego...
- Hideo...
- Tak. Jestem pewien, że znasz jego historię.
- Jasne. Ale ta gra... To nie w jego stylu...
- Czyżby?
Patrzy mi w oczy. Zastanawiam się. W sumie są tylko 2 opcje.
- Są tylko 2 opcje. Albo szalone twistowe zapędy Kojimy w końcu wzięły górę i koleżka przeholował i słusznie go z Konami wywalili, albo to Konami jest tym złym, bo zabrało hajs Hideo i musiał wydać nieskończoną grę.
- Dokładnie.
- Ale która jest prawidłowa?
- Być może nigdy się tego nie dowiemy.
Zapada chwila ciszy.
- Szkoda - podejmuję temat po chwili - Gameplayowo było naprawdę dobrze, no może poza bezsensownym open-worldem. To fabuła była do dupy. Jedyne ciekawie napisane postaci to Huey, który mnie naprawdę zaskoczył, i Miller, choć tym swoim fantomowym bólem dupy był nieco wkurzający. Wątek Quiet skończył się fajnie, ale sama postać przeseksualizowana. Ocelot bezpłciowy, Skull Face zawód, zmarnowany potencjał Liquida i Mantisa, ogólnie beznadzieja. No i Venom. Milczący, bezstronny obserwator, bezbarwny.
- Venom to Ty.
- Wiem. Ale gdybym to naprawdę był ja, to nie stałbym bezczynnie z boku. Choć przyznaję, misja z zabijaniem moich ludzi była ciężka, ale to jedna misja.
Zapadła cisza. Big Boss wpatruje się we mnie badawczym okiem. Wzdycham.
- Niemniej, był to zaszczyt móc brać udział w tworzeniu Twojej historii. Byciu Twoim fantomem. Misja wykonana, Ishmael.
- Ahab - uśmiechnął się w końcu - Dziękuję za Twoją służbę podczas zarządzania Diamond Dogs jak i Outer Heaven. Ale bądźmy szczerzy - Ty od zawsze mi towarzyszyłeś. Od Virtuous Mission. A jeszcze wcześniej, choć to wydarzy się dopiero za kilkanaście lat, w Shadow Moses Solid Snake'owi.
- Jeśli mam być szczery - zdobywam się na odwagę - to bliżej mi do niego, niż do Ciebie. I to on będzie zawsze moim nr 1 w sadze Metal Gear. A zaraz za nim Raiden, w którego bardziej się wczułem w MGS2 niż w Venoma teraz.
Tym razem cisza zapadła na dłużej. W końcu nie wytrzymałem.
- I co będzie dalej? Czy Metal Gear umiera tu i teraz czy Konami stworzy następną część bez Kojimy?
- Tylko czas pokaże.
- Jeśli powstanie następny Metal Gear to odpowie nam na pytanie, czy MGSV to wina Hideo czy Konami. Jeśli będzie dobry, to Hideo. Jeśli gówniany, to Konami.
- Odpuść już. Już planujesz MGS6. Pozwól mi, że coś Ci doradzę. Nie zmarnuj życia, które Ci pozostało na walkę. MGSV to zamknięty rozdział. Może i nigdy nie myślałem o Tobie jako o synu, ale zawsze szanowałem Cię jako gracza i jako człowieka. Może gdybyś mógł podjąć własną decyzję, wtedy stojąc nad ciałem The Boss, nie popełniłbyś tych samych błędów co ja popełniłem. Może wtedy MGSV wyglądałby inaczej. Od dnia kiedy zabiłem The Boss własnymi rękoma, byłem już martwy. Dlatego nie pokazane było moje przejście na "ciemną stronę mocy". To był długotrwały i wewnętrzny proces. W MGSV tylko się pogłębił. Wypiąłem się na Kaza i na moich braci żołnierzy z Diamond Dogs. Prowadziłem wojenkę z Patriotami nie bacząc na świat. To było nielogiczne z mojej strony. Boss miała racje - nie chodzi o zmianę świata, ale aby postarać się jak tylko można, aby zostawić świat takim jakim jest i szanować opinie innych. Jeżeli komuś się podobał MGSV - to jego sprawa. Ty wierz w siebie i swoją rację. Już czas. Teraz odejdę i wraz ze mną ostatnie płomienie wściekłości fanów. Kiedy wrócę do zera, nowa przyszłość się narodzi. I ten nowy świat jest dla Ciebie, by w nim żyć. Czy będzie następny MGS w nim? Okaże się. Tymczasem, Ahab, a raczej Tidus...
I wyciągnął do mnie dłoń. Zaskoczony spojrzałem na nią, ale po chwili wahania wyciągnąłem własną i uścisnąłem rękę Big Bossa. Po tym akcie uśmiechnął się, wyciągnął cygaro, zapalił i dmuchnął sobie z zadowoleniem.
- Big Bossie - zwróciłem się do niego - To ja dziękuję. Zrozumiałem, że czas odpuścić. Nawet, jeśli jestem zawiedziony, to nic na to nie poradzę. Życie toczy się dalej. A ja będę zawsze pamiętał Twoją historię. Naszą historię.
Pokiwał głową i rzekł.
- Świat potrzebuje tylko jednego Snake'a. Ale od dziś świat będzie lepszy bez Snake'ów.
Przytaknąłem mu i podeszliśmy do nagrobka. W tym momencie po mojej prawej pojawił się prawdziwy Solid Snake - tak jak go pamiętam z czasów MGS2. A także Raiden z końcówki MGS4. Ocelot rodem z MGS1, ale z charakterystycznym gestem pt. "Jesteś pięknie dobry". I pozostałe postacie, które zostawiły trwały ślad w moim sercu. Uśmiechnąłem się szczerze po raz pierwszy od 1 września. Zasautowaliśmy wszyscy jak na komendę, choć nikt nie powiedział słowa. Wtedy spojrzałem w stronę zachodzącego słońca.
- Tak jest dobrze, nieprawdaż?