Twarz mężczyzny, niczym antyczna maska, nosi wyraźne znamiona troski. Od czasu do czasu jego usta wykrzywia konwulsyjny grymas bólu. Running Man poprawia się na fotelu, przyjmuje dużo wygodniejszą pozycję. Jego nogi raz po raz podrygują, jakby miały wybiec z pokoju pozostawiwszy za sobą całą resztę ciała. Daje się wyczuć emanujące od mężczyzny napięcie. W końcu, po chwili krępującego milczenia, zaczyna:
– To nie tak miało się potoczyć… – mężczyzna nagle urywa. W jego oczach dostrzegam przytłumiony błysk melancholii.
Przerwawszy zadumę, Running Man kontynuuje zwierzenie:
– Wszystko przez graczy. To oni błędnie ocenili mój wizerunek w dziele Kojimy. Powiedziałbym, iż dokonali zbyt powierzchniowego oglądu mej postaci. Odbiorcom kreowanego przeze mnie bohatera niezwykle często towarzyszył szyderczy śmiech pod moim adresem, tym boleśniejszy, że u Hideo wcieliłem się w samego siebie.
Po tym etapie mojej kariery ludzie zaczepiali mnie na ulicy. „Świetna rola! Dodała dużą dozę humoru do tej poważnej produkcji.” – mówili. Albo: „Jak udało się Panu w tak przekonywujący sposób zagrać idiotę na dopingu?” – po tych słowach lico Running Mana obejmuje błyskawiczny spazm.
Czara goryczy przelewa się. Mężczyzna wybucha pełnym żałości płaczem. Nagromadzone przez lata w psychice uszczypliwości i sarkazm osób postronnych, oraz wszelkie inne negatywne emocje, wszystko to znajduje swój upust.
– To właśnie w takich chwilach sięgam zazwyczaj po doping. Igrzyska w Barcelonie to jedynie czubek góry lodowej. To było dwa lata po zagraniu u Kojimy. Przypadkowo spotkane osoby wytykały mnie palcami. Do dziś pamiętam te krzyki: „Położyłeś całą opowieść na łopatki”, czy: „Kup sobie lepiej rowerek do ćwiczeń.” – Running milknie.
Jego źrenice w zamyśleniu kierują się w odległy punkt przestrzeni, bezskutecznie poszukując oparcia w uciążliwej chwili.
– Eskapizm? Nawet jeśli, to miałem do niego pełne prawo. Wielu na moim miejscu zrezygnowałoby, ofiarnie składając broń. Mnie nieustannie prześladowała wizja mojego lustrzanego odbicia. Dlatego pojąłem walkę. – mężczyzna subtelnie podnosi się z fotela i niespiesznym biegiem podąża w kierunku okna na podwórze.
Running Man ponownie skupia wzrok na pewnym elemencie horyzontu. Po upływie paru sekund daje się słyszeć stłumiony, jakby dochodzący z czeluści trzewiów, głos:
– W takich chwilach ważne jest… ważne by biec. Kiedy biegniesz, a poszczególne partie otoczenia rozmywa pęd wiatru, wówczas nie masz czasu na to, by skupić myśl. Żywioł rozwiewa Twoje troski. Być może właśnie dlatego na pewnym etapie życia poczułem się od biegu silnie uzależniony. Nagle spostrzegłem, iż bieg towarzyszy mi w absolutnie każdym aspekcie mojej egzystencji. Nawet, kiedy stałem w miejscu, to tak naprawdę biegłem…
Running Man odbiega powoli od framugi okna. Jego przebieżka zatacza koło po całym pomieszczeniu. W końcu, akrobatycznie podnosząc każdorazowo kolana aż do samej piersi, mężczyzna podbiega do komody stojącej pod ścianą. Na meblu znajduje się kilka starych książek, porozrzucanych w bezładzie. Jego uwaga skupia się na jednej z nich. Moje oczy kierują się za linią wzroku Runninga. Czytam tytuł: Mur Sartre’a.
– Otrzymałem ją od babci z okazji I. Komunii. Do czasu, kiedy po raz pierwszy skontaktował się ze mną Hideo, nawet jej nie tknąłem. – Mężczyzna podnosi publikację i zdmuchuje kurz z okładki. Otwiera na losowo wybranej stronicy i wewnętrzną częścią dłoni delikatnie gładzi fakturę papieru.
– Kiedy jednak przyszło mi zagrać u Kojimy, pomyślałem, że dobrze byłoby nasycić moją postać całym tym sceptycyzmem, chorobliwością, która tak cechuje XX. wiecznych egzystencjalistów. Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy lat, dochodzę do wniosku, iż nie do końca się to udało. – Running Man rzuca gwałtownie Mur z powrotem na komodę i, nie spojrzawszy nawet w mą stronę, wybiega z pokoju. Odgłos jego kroków słyszę jeszcze długo w mojej głowie.