Recenzja MGS4 – Lost
- środa 20 października 2010
- Przez kul
Briefing
Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots jest grą, która bez wątpienia już od pierwszych dni istnienia na rynku wzbudza we wszystkich zagorzałych fanach serii wiele kontrowersji. W sumie trudno jest się dziwić takiemu stanu rzeczy, ponieważ jako że jest to już ostatnia część przygód naszego herosa Solid Snake’a, to też przed Hideo Kojimą postawione zostało niemalże awykonalne zadanie. Mianowicie chodzi o zamknięcie wszelkich wątków. Dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Jedni są wizerunkiem nowego „Emgieesa” zachwyceni, a inni wręcz przeciwnie. Jedno jest jednak pewne – nikt nie potrafi przejść obok niego obojętnie. W związku z tym postanowiłem napisać w miarę obiektywną recenzję, która wyjaśni – a przynajmniej mam taką nadzieję – kilka spornych i niejasnych do tej pory kwestii, lecz po kolei.
Akt I: Believe in Patriots or not believe…
Historia „czwórki” rozpoczyna się mniej więcej pięć lat po wydarzeniach na Big Shell znanych nam doskonale z MGS 2: SoL. Solid Snake – aka Old Snake – zostaje wysłany na bliski wschód w celu unicestwienia Liquid Ocelota, który jak się okazuje ma się całkiem dobrze i ma pod swoją władzą armie PMC’s. Historia oczywiście z czasem zaczyna nabierać rumieńców i każdą kolejną chwilą fabuła wzbogacona zostaje o nieoczekiwane zwroty akcji. W sumie tylko tyle mogę zdradzić fabuły, aby uchronić wszystkich czytelników przed zabójczymi spoilerami, które z pewnością popsułyby całą przyszłą zabawę. Pozwolę sobie natomiast napisać co nieco o odczuciach, które towarzyszą mi po ukończeniu gry. Fabuła sama w sobie jest przewspaniała i zgrabnie poprowadzona. W takich właśnie chwilach widać geniusz Hideo Kojimy, który wbrew wielu obawom posunął losy w dobrym kierunku – jak zawsze z resztą. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, iż bez najmniejszych problemów MGS4 dorównuje skomplikowaniem fabularnym „dwójce”, lecz jest w o wiele przystępniejszej dla nie obcujących dotąd z serią graczy otoczce. Po raz kolejny także powraca wielokrotnie puszczane oczko w stronę gracza. Tak, chodzi tutaj o przełamywanie czwartej ściany, które występuje tutaj z natężeniem masowo produkowanych Gekko! Co ciekawe, im bardziej zbliżamy się do końca gry, tym bardziej wspomniane smaczki mają charakter sentymentalny. Niestety bolą mnie niemiłosierne nie pasujące w zupełności do MGSa chwyty stosowane pod amerykańską publikę. Przepraszam bardzo za te jakże nietolerancyjne zachowanie, ale nie potrafię inaczej nazwać np. zabijania kolejnych wrogich żołnierzy w akompaniamencie sielankowej konwersacji, która jest wyraźnym ukłonem w stronę amerykańskich filmów akcji. Nie do tego przyzwyczaiła nas seria na przestrzeni lat. Co gorsza głównym prekursorem w całym tym sytuacyjnym ambarasie jest nasz stary przyjaciel Johnny Sasaki, znany także jako Akiba, którego problemy z układem trawiennym są aż nazbyt eksploatowane. Bynajmniej nie chodzi mi o sam fakt umieszczenia w grze kilku zgrabnie ukartowanych nieco luźniejszych scen, które dobrze poprowadzone (oraz ze smakiem) dodają tylko smaczku fabule. Na koniec wyjaśnię jeszcze tylko, iż sytuacje tego typu co prawda nie należą do częstych, ale zdecydowanie pozostawiają po sobie lekki niesmak.
Akt II: Fight like a man, Snake!
Jak zapewne każdemu chociażby odrobinę śledzącemu branżę konsolową graczowi wiadomo, postanowiono zerwać całkowicie z zasadą jednego miejsca i przedziału czasowego. Raz Snake zwiedzi Europę, innym razem Amerykę oraz wiele innych rejonów świata. Mówiąc krótko jest różnorodnie i kolorowo co oczywiście zasługuje na wszelkie uznania za tak stanowcze posunięcie ze strony Konami. Co ciekawe nie jest to jeszcze koniec zmian w rozgrywce. Otóż rozchodzi się o walczące z poszczególnymi armiami PMC nacje (np. rebelianci). Co chwilę ktoś umiera na naszych oczach, zostanie ciężko ranny, wystrzeli pocisk RGB, albo najzwyczajniej w świecie skuli się jak małe dziecko i zacznie przeraźliwie się wydzierać w niebogłosy. Wojna jak się patrzy. Oczywiście to do naszej decyzji należy czy prześliźniemy się przez pole walki zupełnie przez nikogo nie spostrzeżeni i pozwolimy rządzić się przyrodzie jej własnymi „prawami dżungli”, czy też najzwyczajniej w świecie staniemy po której ze stron konfliktu i co nieco namieszamy, co oczywiście będzie posiadało wymierne korzyści. Podczas udzielenia regularnego wsparcia dajmy na to wspomnianym już rebeliantom nasz bohater będzie przez członków właśnie tej grupy uznawany za prawdziwego bohatera wojennego, w wyniku czego np. będzie mógł bez najmniejszych oporów przejść przez stacjonowane przez nich tereny, lecz gdy schorowany Old Snake zostanie spostrzeżony przez żołnierzy walczących po drugiej stronie barykady, momentalnie będzie miał na karku stado rozwścieczonych „rozbójników”, którzy nie dadzą za wygraną, dopóki nie poślą naszego herosa na tamten świat(choć sprawa się tak ma na najwyższych poziomach trudności). Snake oczywiście ma do dyspozycji cały arsenał broni począwszy od zwykłych „pistolecików”, przez karabiny snajperskie, a na moździerzach kończąc. Co więcej możemy w dowolnej chwili ze zdobytej przez nas pukawki – jeśli jest to konieczne – zdjąć blokadę ID, a także poddać ją stosownemu tuningowi w zamian z Drebin’s points, które zdobywamy poprzez dostarczanie Drebinowi broni wszelakiej maści(formalnie za pomocą MKII:), co rzecz jasna ułatwi nam przedarcie się przez linię wroga. Grzechem byłoby także nie wspomnieć o Octocamo, które jest prawdziwą rewolucją na miarę systemu kamuflaży znanego nam z MGS3: SE. Snake dzięki temu – bądź co bądź – urządzeniu jest w stanie przyjąć dosłownie każdą teksturę, do której Old jest w stanie przylgnąć. A musi każdy wiedzieć, że efekt jest powalający! Przykładowo Snake wdrapie się na dach starego, spróchniałego domku, którego dach pokryty jest falistą blacho-dachówką, a następnie się na niej położy i po chwili cały jego kombinezon pokryty będzie tą że teksturą! Wspominać chyba nie muszę, że dzięki tego typu akcjom wrogim oddziałom będzie dostrzec Snake’a o wiele trudniej? Faktem jest, że całą grę ukończyć możemy w ogóle nie korzystając z dobrodziejstw Octocamo, lecz poziom zabawy dzięki niemu wskakuje na jeszcze większe wyżyny. Dopełnieniem całej tej wojennej pożogi są zaaplikowane z wyczuciem skryptowane akcje które oczywiście dodają niesamowitego uczucia rozgrywanym na ekranie wydarzeniom – co rusz zawali się jakiś budynek, który był zbombardowany przez jedną z nacji lub PMC’s, Snake korzysta z Solid Eye, które może posłużyć zarówno za noktowizor, jak również lornetę lub najzwyczajniej w świecie za radar. Nasz hiroł może udawać trupa, czy też poruszać się niczym prawdziwy wąż! Na domiar tego wszystkiego wokół Snake’a pojawia się regularnie pierścień zwany Threat Ring, który zdradza nam obecność obcych form życia czających się czy to w krzakach, czy też tuż za rogiem. Bynajmniej nie rozchodzi się tutaj o obcych, lecz wrogich żołnierzy, oraz – tutaj uwaga – wszelkiego rodzaju zwierząt. Drobny smaczek a jak cieszy. Może to wszystko wydawać się na papierze mało „Emgieesowate”, lecz zapewniam, że nawet w tak specyficznej grze jak ta, każdy z tych aspektów sprawdza się wręcz idealnie. Pozwolę jeszcze nadmienić, iż pojedynki z bossami – tak jak wcześniej obiecywano – są znakomite. Podczas walk z nimi wymagany jest zarówno refleks jak i spostrzegawczość oraz główkowanie, lecz wszystko w granicach rozsądku. Miodzio!
Akt III: Indestructible Sun
Co się przede wszystkim rzuca w oczy od samego niemalże początku gry, jest to bardzo nierówny poziom wykonania tego MGSa. Z jednej strony „atakowani” jesteśmy zewsząd wspaniałym oświetleniem i natężeniem barw, z drugiej natomiast pociętymi na części lokacjami, po których załadowaniu każdorazowo zmuszeni jesteśmy wcisnąć nieszczęsny przycisk „Start” w celu dalszej gry. Gra może poszczycić się bez najmniejszego wątpienia wykonanymi z niesamowitym pietyzmem postaciami oraz wszelkiego rodzaju zasobem broni, które wyglądają jak prawdziwe. W takich momentach jak ten można odnieść wrażenie, że bohaterowie opowieści lada moment wyjdą z ekranu telewizora i zasiądą obok nas na tapczanie bijąc się o pada. Niestety nie można powiedzieć tego samego o teksturach lokacji, które nie zawsze mogą zachwycić. Nie potrafię także zrozumieć dlaczego developerzy nie pokusili się o większą interakcję ze środowiskiem. Dlaczego po wpakowaniu całego magazynku w klawiaturę komputera, ta nadal stoi nienaruszona w tym samym miejscu? Dlaczego samochód w czasie wybuchu nie traci szyby, ani jego blacha nie zostaje „wystrzelona” w powietrze? Dlaczego w żaden sposób nie mogę przebić opony w żadnym pojeździe? Jedynym elementem w całej tej są butelki i wazony, lecz przywilej niszczenia tego typu przedmiotów mieliśmy już w MGS2: SoL. Z resztą już za totalny absurd uważam przymusowe przeczekanie kilku minut na instalację pomiędzy kolejnymi aktami. Przyznam szczerze, że panowie z Konami bardzo sprytnie starają się zrehabilitować, w związku z czym w tle obserwujemy palącego papierosy Old Snake’a, obok którego regularnie pojawiają się ostrzeżenia dotyczące niechlubnych skutków palenia (isn’t it funny?), a także porady dotyczące obcowania z grą. Na szczęście z biegiem kolejnych lokacji i sekwencji filmowych, w ferworze walk, zwycięstw i porażek gdzieś po drodze zapomina się o tych wszystkich niedogodnościach. Nie są to co prawda mankamenty totalnie uniemożliwiające rozgrywkę, lecz co większych purystów mogą one przyprawiać o lekkie zdenerwowanie. Aha, efekt płomieni w trakcie gameplay’u także można było lepiej dopracować :).
Akt IV: Sound of their voices
Zdarzyło mi się spotkać z opiniami, jakoby muzyka w najnowszym MGSie była niedopracowana lub po prostu nie do końca dopasowana do panującej na ekranie sytuacji. Nie mogę się z tymi wszystkimi opiniami zgodzić w najmniejszym chociażby stopniu. Faktem jest, że w większości wypadków są to kawałki, które są całkowitą nowością jeśli chodzi o styl w tym uniwersum, lecz to w cale ich nie przekreśla. Powiedziałbym nawet, że dodaje im to swego rodzaju wartości, gdyż czegoś takiego jeszcze w świecie MGSa nie było dane nam usłyszeć. To co zaserwowali nam prawdziwi wirtuozi, czyli m.in. Harry – Gregson Williams, czy chodząca legenda Ennio Morricone zasługuje na gromkie brawa i jeszcze większy respekt. „Old Snake”, „Love Them”, są to tylko niektóre utwory, które chwytają za serce oraz wyciskają łzy z oczu za każdym razem, gdy się je słyszy i to nie zależnie od nastroju czy pogody panującej za oknem. Zdarzają się także okazjonalne motywy wzbudzające zarówno niepokój, lecz także kojące uspokojenie – „White Blood”. Jeżeli jednak mimo wszystko wśród czytających tą recenzję internautów ktoś nadal kręci nosem, to spieszę z wieścią i uspokajam zarazem, iż w grze gościnnie występują sample ze starszych części sagi, które są odpowiednio podrasowane tak, aby pasowały do klimatu gry. Oczywiście zarówno sam voice acting, jak i wszelkie odgłosy pola walki utrzymują wysoki poziom. Należy w tym momencie zaznaczyć, że Snake przemawiający głosem jak zwykle niezawodnego Davida Haytera ma jeszcze bardziej zachrypły głos niż zwykle co jest skutkiem jego stanu zdrowia.
Epilog
Jak widać grze tej brakuje do doskonałości. Nie mniej jednak niech mi ktoś odpowie na pytanie: czy istnieje gra doskonała? Jakoś nikt nie kwapi się zbytnio z odpowiedzią. W takim razie sam odpowiem. Otóż nie, nie ma gier idealnych, tak samo jak ludzi, idei i ustrojów. Jest to gra, która wymaga od każdego indywidualnej interpretacji i poznania. Ja natomiast mogę jedynie przygotować wszystkich niezdecydowanych do tej pory graczy, czego mają się spodziewać po nowej części tego uniwersum. Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots jest zwieńczeniem całej serii. Kojimie należy się hołd za stworzenie tak pięknej historii na przestrzeni ostatnich lat. Historii nie pozbawionej wad, lecz historii tak pięknej oraz tak ludzkiej zarazem. Nie wystawiam oceny końcowej, ponieważ tę historię, pomimo kilku dość poważnych wad, powinien poznać i ocenić każdy z osobna.
Zalety:
– Fabuła.
– Klimat!!!!
– Jakość sekwencji filmowych i ich rozmach.
– Wspaniałe zamknięcie całej historii.
– Wyważony poziom trudności, pojedynki z bossami.
Wady:
– Znikoma interakcja z otoczeniem.
– Częste loadingi.
– Akiba!
– Momentami amerykanizacja.
Lost








Jeszcze nie komentowane.