Kilka chwil oczami Ziewacza
- wtorek 4 stycznia 2011
- Przez kul
No tak znowu zmiana – powoli wyszedłem i zacząłem kroczyć po nie ubitym śniegu; śnieg jak zwykle na tę porę roku stawał się bardziej barierą niż białym puchem, a szczerze powiedziawszy to z takimi butami, jakie mi dali nie powinienem w ogóle wychodzić na tą pogodę, ale oczywiście szefostwo. Szefostwo i ich głupie powiedzonka. Ty śmieciu, co ty sobie ucieleśniasz, masz tu buty i marszem na dwór ! No to właśnie jestem na tym dworze, i se idę przy okazji marznąc jak cholera. Po za tym to muszę sprawdzić, co to znaczy to „ucieleśniasz”. Dobra bez pośpiechu przesuwam się w stronę miejsca zmiany. Lampy jak zwykle jasne. To chyba jest jedyne, co tutaj jest niezawodne. Karabin Ci się spieprzy, lufa zamarznie, magazynki umierają, ale cholera na lampy zawsze możesz liczyć. Tak samo jest z tymi kamerami. No za cholerę Ci nie zamarzną. Choćbym na nie dmuchał z 4 dni to nic się z nimi nie stanie. A zauważyć muszę, że tutaj jak dmuchniesz to jakbyś wydał na siebie wyrok. A jak przystało, że pieprzyć się zawsze będzie, co nie powinno, to drzwi, co raz trzeba walnąć z kopa, bo ci się nie otworzą, choćbyś miał nie wiem, jaką kartę. Ostatnio szef zrobił taką aferę z tego powodu, iż żeśmy wywalali drzwi semteksem. No właśnie, właśnie mijam te drzwi; nic po nich nie widać poza tym, że ich tam nie ma. Leżą obok oparte o ścianę. Oczywiście przez te zaspy, a raczej omawianą ubitą ścieżkę przebrnąć można ledwo, ledwo. Jak zwykle nikt nie pomyślał żeby coś z tym zrobić. Dobra ja wiem, mamy taką pogodę i w ogóle, ale końcu tutaj przechodzą tylko 2 osoby dziennie, to końcu coś dla nich można do cholery jasnej poczynić. Ja już nic nie mówię, marne grosze za to dostaje i jeszcze zawsze jak się spóźnię to mam takie wrażenie, że nie powinienem być wkurzony na szefostwo, co drze mordę za to, że ją drze, ale na ten cholerny śnieg. Ja sobie tak tu myślę a tak właściwie przemierzyłem kilka metrów. To i tak dobrze, ostatnio, kiedy tak szedłem to się zgubiłem. Ale oczywiście szef powiedział, że zna ludzi, którzy by się w tą pogodę opalali. Tak, tak, ja jakbym się odwrócił to bym swojej dupy nie widział, bo jest taka zamieć, ale inni to się opalają. Ale nieważne, idę i idę; w końcu jestem już przy tym słupie kontrolnym. Taki duży słup, który już słupa nie przypomina tylko lodowate patyki powbijane w śnieg, na którym palą się takie czerwone lampki. Jednak gdyby go nie było to pewnie byśmy musieli sobie sznurkami rozgraniczać nasz kurs, bo byśmy pobłądzili i powymierali. I to jest osiągalne, bo właściwie to ja widzę tylko 3 metry do przodu i koniec. Ale szef powiada: „(…) inni się opalają (…)”. Tak, tak. Ja mu wierze. Przynajmniej w kontaktach osobistych. Ja sam tłumaczę to sobie tak, że już za stary jest na tą pracę. Mijam kolejne lampy. Powiem szczerze, że powoli, tracę przez te cholerstwa wzrok Ja wiem jest zima. Środek zimy. Że ledwo coś widać. Ale cholera jasna, jak codziennie się patrzysz człowieku na, jarzeniówy, co mają tyle siły żeby cię prześwietlić, to cholera nie dziw się potem, że jak z kimś chcesz porozmawiać to nie wiesz, za co złapać. Można by przecież pomyśleć o jakimś przyjemniejszym światełku. Załóżmy choćby i czerwone. W gały nie bije a i przyjemniejsze jest. No i się bardziej znamionuje. Cholera jak wieje. Wiatr jest dzisiaj wyjątkowo nieprzyjemny. Strasznie mocno. Spojrzałem przed siebie, i ledwo, co się zorientowałem, że ja już nie patrzę na okolicę, tylko na kilo śniegu, które właśnie obwaliło moją gębę. Z trudem się otrzepałem. Pamiętam. Mówię:
– Zimo jest, nie idę !
Oczywiście zamiast ciepłych słów:
– Dobrze rozumiemy, jest tak zimno, jesteś naszym najlepszym żołnierzem, nie chcemy abyś tam zamarzł; choć napij się ciepłej czekolady i usiądź z nami, zagramy w brydża, wspominając dawne czasy.
Słyszę:
– Co wy tu ku**a żołnierz odpie*****cie !!?? Już na dwór !! I cieszyć mordą !! Pogoda, że się opalać można !! – Boże, co wy z tym opalaniem macie !
No to idę, zdążam, kroczę, zmierzam, a zimno jak cholera jasna. Ja nic nie mówię. Idę, i idę, jest widzę drzwi ! Nawet nie da się określić, co czuje człowiek, co drzwi widzi. Szczególnie w tym przypadku. No to już galopem zmierzam. Zmierzam i zmierzam… Tyle myśli w głowie. W końcu wlezę do środka, stanę sobie gdzieś w kącie, rozejrzę się chwilkę, i sobie przysnę. W końcu będzie w miarę znośnie. W końcu będę coś widział. W końcu
…drzwi zamarzły…
Podchodzę klikami, czekam, drzwi zamarzły.
Podchodzę, klikami, czekam, czekam, czekam, drzwi zamarzły.
NIEE!!! Cholera jasssssna. Okrutne drzwi!!! Nie no ja się tak nie bawię… nie, nie bawię się tak.
Buuuu… ja już siły nie mam.
Spokojnie… Spokojnie… Wydech, wydech ( jak bym wziął wdech to by się moje płuca w sopel lodu przemieniły )
Łapię za ustrojstwo zwane krótkofalówką, ale taką zwyczajną, nie, nie. Tutaj jak coś dostaniesz to dostajesz albo cholernie duże, że Ci się do żadnej kieszeni nie mieści albo cholernie nie poręczne, że najwygodniej to jakbyś sobie to w dupę wsadził. Dostajesz człowieku tutaj krótkofalówkę, co jest cała czarna i kontrast masz cholerny na tym śniegu, że Ci oczy same chcą popełnić, „samomord” i cholernie niebagatelną, żebyś groźnie z nią wyglądał.
– Zamarzły drzwi
– Hzzzzmzmzmzmzmzzzzzz <- odpowiedz
No to przewybornie. Właśnie po to te cholerne ustrojstwa zwane są krótkofalówkami wojskowymi, bo tylko to … wojsko, może pokusić się na takie urządzenia. Ależ jak ja kocham takie sytuacje, kiedy czekasz w nadziei, że ktoś odpowie, że ktoś powie choćby słowo i kiedy masz już tą pewność. Te przekonanie, że zaraz usłyszysz głos, który rozwiąże każdy Twój cholerny problem, słyszysz szum. Ale oczywiście, cholerna krótkofalówka, nazywana jest przez szefostwo: „(…) dobry sprzęt (…)”. Ja najchętniej bym im sam „dał” ten „dobry sprzęt” i wolał porozumiewać się za pomocą kubeczka i drutu. Efektywniej by było, no i w ogóle oszczędniej. Na buty by starczyło w końcu. No i z reszty byśmy czerwone jarzeniówy kupili. I byłoby zacnie. A tak stoję teraz pod tymi cholernymi drzwiami i już mnie … nosi. A jak mnie nosi to znaczy, że jestem niebezpieczny nawet dla Siebie. No oczywiście także dla otoczenia. Więc aby dać upust swym emocją, kulturalnie pizłem w drzwi z buta. I mówię kulturalnie, bo nie miałem na celu ich wgniecenia, ale wrąbania razem z zawiasami do środka, więc było kulturalnie. A co nie było ?
Drzwi wtedy właśnie…
…się otworzyły.
I tu kryje się cała sztuka! Nie denerwuj się człowieku, po prostu piźnij sobie w coś, to Ci przejdzie. I właśnie w ten sposób w dzieciństwie straciłem większość mebli. Więc wkraczam w końcu do środka. Jest już cieplej. Teraz rozpoczyna się proces, zdejmowania kurtki. Kurtki, która zbudowana chyba jest z azbestu, chromu i ołowiu. Cholera jasna, ja wiem zimno jest. Ubranie chronić ma. Ale, po jaką cholerę tworzyć ubranie, co w nim właściwie się ruszać nie da. A i przy zdejmowani krzywdę można zrobić sobie. Pamiętam jak kiedyś jak pomagaliśmy takiemu, ściągać kurtkę to musieliśmy ją przestrzelić, rozciąć, a potem tak, aby dzieła dopełnić to żeśmy ją spalili. Oczywiście opieprz był. Jak cholera. Nigdy nie jest tak, że Cię nagrodzą za coś, co dobrze zrobiłeś. Nawet jakbyś nie wiem, co osiągnął, zawsze usłyszysz, że coś spieprzyłeś, i będzie opieprz. Opieprz można dostać za zdejmowanie kurtki. A jak nie dostać opieprzu ? Trzeba na kogoś zwalić, a samemu udawać że się coś złamało. Choćbyś miał przeczyścić rewolwer szefa, to jak coś tak nadłamiesz, to zwalasz winę, na kolegę, i udajesz, że w trakcie tak skomplikowanego procesu czyszczenia broni, wydarzył się straszny wypadek, w którym oboje straciliście przytomność, a gdy ją odzyskaliście to miałeś już złamaną nogę. Potem trzeba jeszcze powiedzieć że ostrzegałeś kolegę żeby tam nie szedł, a na wszelkie pytanie: „Gdzie nie szedł ??” odpowiadasz, że przecież straciłeś przytomność i nie pamiętasz. No ale wracając do zdejmowania kurtki. Ja na szczęście opanowałem ten proces. Rękawy dociskam do podłoża nogami i ciągnę. Oczywiście można sobie krzywdę zrobić jak zapomni się wyciągnąć ręce z rękawów, a i to realne jest, bo jak wracasz z tej cholernej przechadzki to już cholera po tych jarzeniówkach, i klimacie „do opalania” to już mówiłem nie wiesz, za co złapać. Kiedyś sobie łapy tak oderwę, i pewnie opieprz dostanę, że wyrwałem całkiem dobre łapy. W środku, kiedy już minąłem wszelkie kurtki, które wyglądały jak gdyby uciekły z ognia piekielnego i tortur nieskończonych ( opisany przeze mnie proces ściągania kurtki ), dostałem w końcu, do obiektu mych nieskończonych pragnień. Ha !! Pragnień. Wręcz fantazji. Zobaczyłem. Poczułem. Dotknąłem. MOJE KRZESEŁKO. Nawet człowiek takiego czegoś nie docenia, ale tutaj jak masz krzesło, masz władze. Każdemu dupa odpada od stania ( nogi się w zad wbijają ) więc każdy usiąść chce. Ale nie ma gdzie, na ziemi jak siądziesz to już z przymarzniesz na zawsze. Więc trzeba kombinować z krzesłem. Moje to przerobiony pocisk czołgowy i były karton z C4. Wiem, nie jest to luksus, aleeeee… ważne, że jest. I w końcu. Siedzę. Śpię. Gloria !!
Czerń wszystko zlewa, dźwięki się rozmazują. Teraz już cisza, i zero cholernej jarzeniówy !!
odin








Jeszcze nie komentowane.