Rozdział I

Migoczące światła nocy odbijały się w jeziorze. Toń wody byłaby idealnie płaska, gdyby nie delikatna bryza. Wprawne oko, po dłuższym wpatrywaniu się w ciemność, mogłoby dostrzec sylwetkę mężczyzny, stojącego przed drutem kolczastym, palącego papierosa, i czekającego aż strażnik przejdzie obok kolejny raz. Mężczyzna miał na sobie pewien rodzaj sneaking suit – bardzo stary, znoszony, ale ciągle spełniający swoja rolę. Podczas oczekiwania na strażnika, coś w jego uchu zaczęło dzwonić; był to codec, małe urządzenie komunikacyjne, słyszalne tylko przez używającą je osobę.
– Snake, jesteś tam? To ja.
– Otacon… – Odparł Snake, swoim charakterystycznym, szorstkim głosem.
– Tak, to ja. – Otacon zdawał się być zmartwiony, zatroskany, tak jak zawsze.
– Co się dzieje? Mówiłem przecież, żeby mi nie przeszkadzać.
– Mam ważne wiadomości.
– Na tyle ważne, że nie mogą poczekać? Jestem właśnie przed tą fabryką.
– Tak, na tyle ważne. Nawet ważniejsze. – Otacon wyraźnie starał się nie podnosić głosu.
– Co może być ważniejsze od zniszczenia fabryki produkującej komponenty Metal Gear’ów?
– Cóż… Hmmm… Raiden jest tutaj. – mówiąc to, Otacon zastanawiał się, jaka będzie reakcja Snake’a.
– …….
Otacon przerwał kłopotliwe milczenie. – Snake, słyszysz mnie?
– Wracam.

Snake śpieszył się bardziej niż zwykle, aby jak najszybciej znaleźć się w swej łodzi, i udać się do dowództwa Filantropii. Była nim łódź podwodna, pamiętająca czasy II Wojny Światowej, dokująca u wybrzeży Alaski.
Otacon, szczupły mężczyzna w ciemnych spodniach i białym płaszcu, czekał już na Snake’a. Mimo, że w okularach nie było mu do twarzy, malowały się na niej zdecydowanie i stanowczość.
– Witam z powrotem, Snake. – Otacon zabrzmiał tak, jakby właśnie się obudził.
– Gdzie on jest? – Spytał Snake, gdy znalazł się już blisko Otacona.
– Na dole. – Otacon poruszył głową, wskazując nią na wnętrze U-Boota.
– Chodźmy. – Snake zszedł pod pokład pierwszy; zaraz za nim podążał Otacon.
Łódź podwodna, w której ulokowali dowództwo Filantropii była stara i zardzewiała, ale zadziwiająco odporna na działanie żywiołów, których ślady widoczne są na Alasce jak mało gdzie. Jej konstrukcja różniła się znacząco od innych łodzi podwodnych z jej okresu; jedynym elementem, którego kształt nie zmienił się przez lata był mostek. Kwatery załogi przekształcone zostały w nowoczesne centrum dowodzenia.
– Gdzie on jest? – Zapytał Snake.
– Tu jestem. – odparł głos, którego właściciel znajdował się za nimi, i którego tylko zarys sylwetki widoczny był na tle ciemnego pokoju.
– Co tu, do cholery, robisz? – Snake wpatrywał się z widoczną złością w stojącego w mroku człowieka.
– Coś się stało. I nie wiem, co zrobić. – odparł mężczyzna.
– Co takiego? – twarz Snake’a złagodniała. Niepoprawny optymista mógłby rzecz , że nabrała nieco pomocnego wyrazu.
– Kazali mi cię zabić. – w każdym wymawianym słowie dał się wyraźnie słyszeć żal.

W ułamku sekundy, miny Snake’a i Otacona zmieniły się nie do poznania. Wymienili szybkie spojrzenia, i Snake, patrząc na twarz Otacona odniósł wrażenie, że tamten nie ma bladego pojęcia, o co chodzi. Wtedy sylwetka mężczyzny przemówiła kolejny raz.
– Albo zabiją ją.
– Kogo? – Spytał Snake.
– Rose… – Sylwetka nabrała wyraźnych kształtów, kiedy mężczyzna zbliżył się do światła. Był krzepkim mężczyzną, z bujnymi, lecz pozostającymi w nieładzie blond włosami. Miał na sobie skull suit – kombinezon FOX – HOUND. Mogło się odnieść wrażenie, że kiedyś mógł być pomylony z kobietą. Ale było to krótkotrwałe wrażenie. Jego twarz była twarzą mężczyzny, który widział i doświadczył tylu oszustw, że trudno było mu umieścić na niej uśmiech.
– Ale nie zrobię tego; nie zabiję cię. Będę jednak potrzebował twojej pomocy. – Raiden mówił szybko, ale jasno i precyzyjnie.
Na te słowa Otacon odetchnął z ulgą. Snake, jednakże, ciągle wpatrywał się w Raidena, starając się ocenić czy ten, mimo wszystko, nie stanowi zagrożenia.
– Wierzę ci. Co się, u diabła, stało? – Snake wiedział, że to co Raiden powiedział o Rose, będącej w niebezpieczeństwie, było prawdą.

Usiedli w mesie. Była małym, naprawdę małym pomieszczeniem, i pachniała tak, jakby nikt nie używał jej przez długi okres czasu. Mały stolik stał pomiędzy Raidenem, a Snake’iem i Otaconem.
– Chcesz coś zjeść? – Zapytał Otacon, aby rozładować nieco napięcie. Pytanie skierowane było do Snake’a. Ten puścił je mimo uszu; swoje oczy miał ciągle skierowane na Raidena. Cały czas oceniał, zastanawiał się…
– Pamiętasz, kiedy spotkaliśmy się ostatnim razem? – Spytał Raiden.
– Jasne. Federal Hall. Jakieś dwa lata temu. – nieprawdopodobny widok zderzenia Arsenala z Federal Hall miał do końca życia jawić mu się przed oczami.
– Ten dzień zmienił moje życie na zawsze. Moja wiara w wiele rzeczy została strzaskana. – Wyraz twarzy Raidena zmienił się, stanowczość ustąpiła miejsca czemuś w rodzaju dorosłego smutku.
– Co stało się potem?
– Coż… Rose zrezygnowała z pracy, i nigdy już nie wróciliśmy do bazy. – W tym momencie Raiden przerwał. Nie był pewny, czy może… Czy powinien powiedzieć resztę. Nagle ogarnęła go myśl, że to co zrobił, było wyjątkowo kiepskim pomysłem.
„Czy mogę mu to zrobić?” – pomyślał.
– Mów dalej. – Snake chciał i potrzebował usłyszeć więcej.
Raiden spojrzał na Snake’a i poczuł się tak, jak mniej więcej dwa lata temu we wnętrzu Arsenal Gear’a.
„Znajdź coś, w co wierzysz. I znajdź to sam. A kiedy już to zrobisz, przekaż to dalej (przyszłości)” – słowa Snake’a zmieniły go tamtego dnia.
– Zrobiłem to, co powiedziałeś mi, żebym zrobił: znalazłem coś, w co uwierzyłem.

Cisza zawisła w powietrzu przez krótką chwilę. Snake wpatrywał się w Raidena. „Kto by pomyślał… Posłuchał mojej rady”.
– Moja rodzina jest dla mnie najważniejsza. To dla nich walczę. – powiedział Raiden, z jego głosu biło wyraźne ciepło. – Porwali Rose dwa tygodnie temu.
– Gdzie? – Zapytał Snake.
– Ukrywaliśmy się, jeśli o to pytasz. Nie mieszkaliśmy razem. Miejsca, w których przebywaliśmy były ukryte. Patrioci nie mogli jej znaleźć. Widywałem ją tylko w naszym sekretnym miejscu, pod osłoną nocy… Żeby zobaczyć ją, i moje dziecko.

– Dziecko?!? – odparł Snake, ze znakami zapytania malującymi się w jego oczach.
– Tak – Raiden kontynuował – Ale dwa tygodnie temu nie przyszła, więc zaryzykowałem wszystko i poszedłem do jej domu. Moje dziecko było tam, ale ona nie. Jedyne co znalazłem, to ta notatka. – Raiden wyjął z kieszeni mały kawałek papieru, i podał go Snake’owi.
Snake wziął go, i przeczytał na głos.
– Rose jest z nami, Jack. Jeśli chcesz ją jeszcze zobaczyć, znajdź mężczyznę zwanego Solid Snake. Zabij go. Następnie zadzwoń pod numer 008641367 z telefonu, który zostawiliśmy przy tym liście. – Snake przerwał, i spojrzał na Raidena. Ten trzymał w dłoni bardzo mały telefon. Snake czytał dalej. – Codziennie o 15:00 będziemy dzwonić do Ciebie, i damy do telefonu Rose. Za każdym razem będzie czytała nagłówek New York Mirror – w ten sposób będziesz wiedział, że żyje.
Tymi słowami notatka kończyła się. Zapadła cisza.

Raiden wyjął z kieszeni małe zdjęcie, i wpatrywał się w nie, trzymając je pod stołem. Na zdjęciu była Rose, trzymająca New York Mirror. „Przykro mi, Rose, ale robię to dla Ciebie”.
Otacon kolejny raz przerwał ciszę. – Niedobrze.
– I jest coraz gorzej. – Raiden schował fotografię z powrotem do kieszeni. – Myślę, że to wszystko z mojego powodu.
Snake patrzył na kartkę papieru łamiąc sobie nią głowę.
– Dlaczego? – spytał Otacon.
– Odkąd się rozstaliśmy, pracowałem nad nanosondą, która znalazłaby nadajnik przekazujący moje dane życiowe Patriotom. – Brak pewności co do słuszności wypowiadanych słów był wyraźnie odczuwalny w słowach Raidena.
– Sam?!? – Przerwał mu Otacon.
– Tak. To była ciężka praca, ale udało się, i odnalazłem przekaźnik. Usunąłem go, i wszczepiłem komuś innemu.
– Komu? – Spytał Otacon.
– Mojemu dziecku. To jedyny sposób, aby był bezpieczny. Nie mogłem go zniszczyć, ze względu na dziecko Olgi, a to był jedyny sposób, aby mieć mojego bobasa cały czas na oku. – Raiden zatrzymał się na chwilę. Snake ciągle wydawał się nieobecny, wpatrzony w kartkę papieru, ale słyszał wszystko. Raiden mówił dalej. – Ale to było głupie. Dowiedzieli się, i teraz mają Rose.
Kolejny raz zapadła cisza, cała trójka stała ze spuszczonymi głowami. Snake drapał się po brodzie, Raiden patrzył na mały telefon.
Kolejny raz cisza została przerwana przez Otacona. – To nie ma sensu.
Pozostała dwójka spojrzała na niego.
– Pomyślcie przez chwilę. Dlaczego Patrioci mieliby porywać Rose? Żeby zmusić ciebie do zabicia Snake’a? Nie… Musi być coś innego. Inny motyw.
– Może dowiedzieli się, że wyjąłem nadajnik, i teraz chcą, żebym zrobił to… za karę? – Raiden nie był pewien tego , co mówi.
– Może… Ale ciągle nie wydaje mi się, żeby to był wystarczający powód.
– Może to zemsta. – Snake wtrącił się, i tym samym uciął rozmowę między tamtymi.
– Zemsta? Z czyjej strony? Patriotów? – Odparł Otacon.
– Nie. To ktoś o wiele bardziej niebezpieczny. – Snake zawiesił głos – Liquid Snake.
Kiedy wymawiał to imię, jego głos stał się jeszcze bardziej szorstki niż zwykle.
– Co?!? – Raiden i Otacon krzyknęli wspólnie.
– Jestem tego pewien.
– Skąd wiesz… – Raiden słyszał już to imię.
– Jego pismo… Jest podobne do mojego. On chciał, żebym wiedział, kto to napisał.
W spojrzeniu Snake’a pojawiło się coś nowego. „Tym razem go dorwę”.
– Ale to oznaczałoby, że Liquid wiedział, że Raiden nie zamierza Cię zabić.
– To nie ma teraz znaczenia. – powiedział Snake.
– Czy to oznacza, że mi pomożesz? – Zapytał Raiden, chociaż znał już odpowiedź.
– Tak. – Choć starał się to ukryć, głos Snake’a nie zabrzmiał tak pewnie, jak ten by sobie tego życzył.

Rozdział II

– Otacon, czy możesz znaleźć pochodzenie tego numeru telefonu? Skąd oni dzwonią? – Snake znów miał to swoje spojrzenie w oku. Drapieżny. Gotowy do działania.
– Oczywiście. Uruchomiłem program, który ma ustalić położenie tego numeru.
Przeszli do serca dowództwa Filantropii. Był nim mały pokój, w którym stały cztery komputery. Otacon usiadł przy jednym z nich, Snake i Raiden stanęli za nim.
– Znalazł cokolwiek? – Zapytał Snake.
– Zaraz… Prawie… Ten numer prowadzi do dobrze zabezpieczonego serwera, ale chyba potrafię to obejść… – Snake i Raiden patrzyli na komputer, przy którym pracował Otacon. – Już.
Cała trójka spojrzała na ekran monitora, w nadziei na zobaczenie czegoś, co mogłoby im się przydać, ale tylko Otacon wydawał się rozumieć pojawiające się znaki. Spojrzał na Snake’a i Raidena; wiedział, że Snake nie jest orłem, jeśli chodzi o komputery. Szybkie spojrzenie na twarz Raidena utwierdziło go w przekonaniu, że ten także. Wyglądali, jakby usiłowali zrozumieć bardzo niewyraźny bełkot.
– To wygląda jak koordynaty jakiegoś miejsca. Zobaczmy, czy uda mi się znaleźć to na mapie…
Parę chwil zajęło Otaconowi wpisanie współrzędnych do komputera, i oczekiwanie na wynik. Kiedy ten w końcu nadszedł, na ekranie pojawił się obraz pewnego miejsca.

– Co u diabła?!? – Snake był wyraźnie zaskoczony.
Monitor przedstawiał okolice Washingtonu, D.C.
– To ma sens… – Cicho, prawie niesłyszalnie, bardziej do siebie niż do pozostałych osób znajdujących się obok niego, powiedział Raiden, przypominając sobie coś, co usłyszał dwa lata temu. „Rodzaj świadomości uformował się powłoka po powłoce na tyglu białego domu. Ale to nie miało nic wspólnego z życiem, które pojawiło się w oceanach cztery miliardy lat temu. Biały Dom był naszym zalążkiem, naszą bazą do dalszej ewolucji.”
– Co masz na myśli mówiąć, że to ma sens? – Zapytał Snake.
Dwa lata temu Raiden nie miał czasu wyjaśnić Snake’owi, co usłyszał od GW. Teraz powiedział mu wszystko. Kiedy skończył, pewna myśl przeszyła jego umysł niczym strzała. Przypomniał sobie, że Snake miał dowód, który mógł wyjaśnić, kim są Patrioci. „Jak, do cholery, mogłem o tym zapomnieć?!?”
– To wiele tłumaczy. – Snake przerwał ciąg myśli Raidena.
– Co masz na myśli? Czy to ma jakiś związek z tym dyskiem, który miałeś dwa lata temu?
– Myślałem, że nigdy nie zapytasz. – Odparł Snake czując, że Raiden chce wiedzieć więcej. – Ustaliliśmy, kim byli Patrioci.
– Byli?!?
– Tak. Wszyscy nie żyją. Otacon twierdzi, że od około stu lat.
– Jak to możliwe? – Raiden zdawał się być coraz bardziej zagubiony.
– Nie mam pojęcia, ale teraz wiemy, że oryginalni Patrioci nie mieli nic wspólnego z incydentem na Big Shell.
– Wszystko wskazuje na to, że obecni Patrioci są jakimś rodzajem zaawansowanej A.I.. – Wtrącił Otacon. – Nieco spaczonej, jeśli chcecie znać moje zdanie. Maszyna kontrolująca cały kraj… To praw…
– Nie wyciągajmy zbyt daleko idących wniosków. – Przerwał mu Snake. – Skupmy się na tym, co mamy teraz zrobić. Potem będziemy martwić się, zarówno o przeszłość, jak i przyszłość.
Snake zakończył rozmowę. Raiden był co prawda pełen pytań, wiedział jednak, że ktoś kogo kocha potrzebuje jego pomocy.
– Więc… Co robimy? – Spytał Raiden.
– Sprawdzimy obszar wskazany nam przez komputer. – odpowiedział Snake.
– Nocne wejście, prawda Snake? – Zapytał Otacon.
– Tak. Nie możemy przecież ryzykować, i udając turystów przeszukiwać tego miejsca. Otacon, sprawdź czy możesz zdobyć dla nas jeszcze jakies informacje o tym miejscu. Raiden, będziesz potrzebował zabrać ze sobą parę rzeczy.

Snake poprowadził, a Raiden podążył za nim do magazynu, który był większym i jaśniejszym pomieszczeniem niż to, w którym jeszcze przed chwilą byli. Zgromadzono tu szeroką gamę wyposażenia – od noży po materiały wybuchowe.
– Weź wszystko, czego potrzebujesz. Tylko nie przesadź; może się okazać, że będziemy musieli zabierać się stamtąd szybko, jeśli coś znajdziemy. – Snake nie zdążył jeszcze odłożyć swojego ekwipunku od czasu, kiedy w nagły sposób Otacon wezwał go na Alaskę, więc sprawdził tylko ilość amunicji. Snake miał ze sobą SOCOM, lornetkę i mały nóż. – Mam wszystko, czego mi trzeba.
– Potrzebuje jakiegoś pistoletu… – Odparł Raiden. – Od dawna nie miałem żadnego. Jedyną bronią, jaką mam jest HF Blade Olgi. – Mówiąc to, wskazał na swoje plecy. Znad ramienia wyłaniała się rękojeść miecza.
– Mam nadzieję, że wiesz, jak się z tym obchodzić.
– Nie martw się. Czasami to lepsze niż broń palna.
Snake wręczył mu swoje stare USP oraz cyfrowy aparat fotograficzny.
– Dzięki.
– Tylko uważaj z t… .
– Mam coś – Otacon nagle przerwał Snake’owi. Mówił niemal bez oddechu.
Wrócili do centrum operacyjnego. Otacon wskazał ręką ekran komputera.
– Spójrzcie. Wygląda na to, że ktoś coś stamtąd niedawno wykopywał. Nie wiem dokładnie co i gdzie, ale ktoś zmieniał wpisy tak, jakby próbował to zatuszować. Udało mi się jednak znaleźć topograficzną mapę tego miejsca przed zmianami.
– Czyli może tam być coś, o czym Patrioci nie chcieliby, żebyśmy wiedzieli? – Rzucił z dużą dozą pewności w głosie Snake.
– To wysoce prawdopodobne. Te dane są dostępne dla każdego. A jak wiemy, Patrioci chętnie wodzą każdego za nos.
Raiden odebrał to jako niechcianą zniewagę. Niegdyś i on był lalką na sznurkach pociąganych przez Patriotów, i obiecał sobie, że nie dopuści, by to się kiedyś powtórzyło.
– Musimy działać szybko. – Zarządził Snake. – Otacon, przydałbyś się nam na miejscu.
– Jasne.
– Poczekaj. Jest problem. – Przerwał Raiden.
– Jaki problem? – Spytał Snake.
– Ach, tak! Prawda! Dziecko! – Powiedział Otacon.
– Jakie dziecko? – Spojrzenie Snake’a znów zaczęło wyrażać niepokój.
– Musiałem wziąć moje dziecko ze sobą. Nie ma nikogo, komu mógłbym zaufać na tyle, aby mu je powierzyć.
– Rozumiem. Ale nie możemy go zabrać ze sobą. – Powiedział po chwili zastanowienia Snake.
– Zgadzam się. – Odparł Raiden.
– Mógłbym zadzwonić do Mei Ling… Snake? – Otacon zastanawiał się, co jego przyjaciel powie na tę propozycję. Od wypadków na Big Shell, Snake i Otacon zerwali wszystkie więzi, jakie łączyły ich z resztą Filantropii. Skoro jedno z imion Patriotów było na liście największych dobroczyńców ich organizacji, było jasne, że byli kontrolowani do pewnego stopnia. Proszenie Mei Ling o pomoc oznaczało zwrócenie się do kogoś, kto pracował dla Patriotów. Nawet, jeśli robił to nieświadomie.
Snake nie miał wyjścia. – Ok. Zadzwoń do niej. Powiedz jej, żeby spotkała się z nami dwa kilometry stąd; musimy sprawdzić, czy nie jest obserwowana; i upewnij się, że wszystkie zabezpieczenia działają, kiedy będziemy opuszczać to miejsce. Nie chcę, żeby miała dostęp do czegokolwiek, do czego dostępu mieć nie musi.
– Ok. – Powiedział Otacon, i zwrócił swą uwagę z powrotem w stronę komputera.

Dwie godziny. Tyle czasu zabrało Mei Ling dotarcie na Alaskę. Była piękną kobietą; niewysoką, ale niesamowicie inteligentną. Otacon sprawdził ją pod kątem ewentualnych podsłuchów i urządzeń namierzających, nie zwracając uwagi na przeszywające ją dreszcze, oraz przeanalizował wywiad satelitarny, pod kątem nieproszonych gości. Nie znalazł nic. Kiedy skończył, skierowali się w stronę dowództwa.
Gdy tam dotarli, Mei Ling zobaczyła Snake’a stojącego obok łodzi podwodnej. – Kopę lat, prawda Snake? – Zapytała niewinnie.
– Tak, ale nie mamy czasu na słodkie przywitania i opowiadanie sobie, co robiliśmy przez ten czas. Chciałbym, żebyś coś zrobiła, i nie zadawała pytań na ten temat, ok? – Snake powiedział to bardzo zdecydowanie; mogła się jedynie zgodzić. W przeciwnym wypadku mogła obrócić się na pięcie i odejść.
– Dobrze, Snake. – Odpowiedź Mei Ling była krótka, i rzeczowa.
Poproszono ją o zajęcie się dzieckiem, ale Snake nie powiedział jej, czyje było to dziecko, ani dlaczego miała to robić. Co prawda długa rozłąka ze Snake’iem obudziła podejrzliwość Mei Ling, ale zaufanie jakim ją obdarzył było dla niej cennym komplementem.
– Musimy iść. – Oznajmił Snake.
– Kiedy wrócicie? – Mei Ling wiedziała, że pytanie o cel ich podróży było bezcelowe. Nigdy nie otrzymałaby odpowiedzi.
– Nie wiemy jeszcze. – Otacon uniknął odpowiedzi na pytanie.
– W porządku. Uważaj na siebie, Snake. – powiedziała Mei Ling, patrząc mu prosto w oczy.
Przypomniał sobie, że to ona zrobiła kopie zapasowe jego rozmów przez codec z Shadow Moses. Mając to w pamięci, Snake cały czas jej ufał.
Raiden był cały czas odwrócony plecami do Mei Ling. Sprawdzał swój ekwipunek.

Na pokładzie łodzi podwodnej trzech mężczyzn przygotowywało się do podróży. Wkładali niezbędne rzeczy na skutery śnieżne.
– Jak zamierzamy się tam dostać? – spytał Raiden.
– Ciągle mamy tego Kamova z Big Shell. – Odpowiedział Otacon. – Byliśmy na tyle przewidujący, że nie wróciliśmy nim bezpośrednio do Filantropii. Znajduje się dwie mile na wschód stąd.
– Ruszajmy. – Powiedział Snake, wsiadając na jeden ze skuterów.

Pośpieszyli przez biały śnieg. Wkrótce mieli walczyć.

Rozdział III

Mężczyzna siedział na krześle w dość dużym pokoju. Blask monitorów znajdujących się przed nim odbijał się na jego twarzy. Oczy mężczyzny patrzyły wprost na monitor ukazujący wnętrze owalnego biura; kamera wskazywała na biurko Prezydenta USA. Mężczyzna miał na sobie długi, brązowy płaszcz, pod którym skrywał brązowy garnitur. Wyglądałby całkiem zwyczajnie, gdyby nie dwa duże rewolwery Single Action Army Colta; jeden zawieszony na wysokości talii, a drugi nieco pod lewym ramieniem. Drzwi, które miał za plecami otworzyły się, ukazując spowitą cieniem postać w fartuchu laboratoryjnym.
– Shalashaska.
Na dźwięk tego słowa mężczyzna wstał z krzesła. Był stary, miał długie, siwe włosy, i równie siwe wąsy.
– Tak, o co chodzi? – Miał szorstki głos, z wyczuwalnym rosyjskim akcentem.
– Chciałem cię o coś zapytać. – Postać podeszła do światła. Był to mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki, szczupły i na poły łysy.
– Co takiego? – Spytał Ocelot.
– Wygląda na to, że źle kogoś ulokowaliśmy, nieprawdaż? – Jego głos był zaskakująco czysty, jak na kogoś w jego wieku.
– Tak. – Odpowiedź Ocelota była krótka, i rzeczowa.
– Miałeś z tym coś wspólnego? – Mężczyzna szarpnął głową, zadając to pytanie.
– Nie. – Szybko odrzekł Ocelot.
– Czy… – Mężczyzna przerwał na ułamek sekundy. – … On miał z tym coś wspólnego?
– Nie wydaje mi się. Nie budził się ostatnio. – Ocelot złapał lewą ręką swój prawy nadgarstek.
– Mam nadzieję, że ta druga operacja była udana.
– Tak… – Ocelot wpatrywał się w swoją prawą rękę.
– Dobrze, więc. – Mężczyzna w fartuchu obrócił się na pięcie, i zaczął iść w kierunku drzwi.
– Shadow. – Zawołał mężczyznę Ocelot.
– Tak? – Mężczyzna obrócił głowę w kierunku Ocelota.
– Jak tam Doktor? – Ocelot uśmiechnął się niemalże od ucha do ucha.
– W porządku. Nic więcej, nic mniej.
– Czy poczynili jakiś postęp?
– Tak. – Odpowiedział Shadow. Nie lubił odpowiadać na pytania; zdecydowanie wolał ich je zadawać.
– To dobrze. – Powiedział Ocelot, odwracając się i siadając z powrotem na krześle.
Shadow ponownie zaczął iść w kierunku drzwi. Będąc już przy nich przystanął, i nie obracając się, spytał:
– Twój czas się prawie skończył. Wiesz o tym, prawda? – Jego głos był spokojny.
– Wiem. – Odpowiedział Ocelot w ten sam sposób – Czy myślisz, że on jest gotów zająć moje miejsce?
Shadow nie odpowiedział. Kiedy już wyszedł i zamknął drzwi, na twarzy Ocelota pojawił się ironiczny uśmieszek.

Silnik śmigłowca był jedyną rzeczą, jaką można było w tamtą noc usłyszeć w tej okolicy Waszyngtonu D.C..
– Zbliżamy się do celu! – Krzyknął Otacon z kabiny pilota.
– Dobrze. – Odpowiedział Snake, siedzący w ładowni. – Raiden, będziesz chyba tego potrzebował.
Snake wręczył Raidenowi małe pudełko, zawierające noktowizor.
– Dzięki.
– Nie ma sprawy. – Mówiąc to Snake wziął egzemplarz dla siebie.
– Snake, nadchodzi burza, i wygląda na całkiem sporą. – Powiedział Otacon, zniżając maszynę do lądowania.
– No i…? Nie jestem z cukru… – odrzekł Snake.
– Nie o to chodzi. Może zakłócać Codec. A jeśli będzie wystarczająco silna, uczyni go zupełnie bezużytecznym.
– Zaryzykujemy. – Snake klepnął Otacona po ramieniu, i przytrzymał swoją dłoń przez chwilę.
– Wystarczy nam paliwa? – Spytał Raiden.
– Tak – ponieważ jest nas tylko trzech, mogłem zabrać go więcej. – Otacon wyjrzał przez okno. – Jesteśmy już bardzo blisko. Ląduje.

Kamov bardzo miękko wylądował, a w głowie Raidena pojawiło się pytanie: „Czy helikopter nie był zbyt widoczny, nawet w nocy?”. Odwrócił się do Otacona. Ten, jakby czytając w myślach Raidena, powiedział:
– Skonstruowałem urządzenie maskujące dla Kamova, które opracowałem na podstawie kombinezonu.
– Kombinezonu maskującego? Więc dlaczego nie możemy go użyć? – Zapytał Raiden.
– Bywają kłopotliwe w użyciu, zwłaszcza że zachowanie ludzkie charakteryzuje tyle zmiennych losowych, że ciężkie staje się…
– Nie mamy na to czasu. – Wtrącił się Snake, przerywając jednocześnie dyskusje. – Ruszamy.
Raiden i Otacon przestali rozmawiać i rozpoczęli ostatnie sprawdzenie ekwipunków.
– Byłbym zapomniał! Mam coś dla ciebie, Raiden. – Otacon wyciągnał rękę w kierunku Raidena. Na dłoni znajdowało się coś przypominającego bardzo małą słuchawkę. – Codec.
– Dzięki. – Powiedział Raiden, przypominając sobie dni, kiedy go używał.
– Pamiętaj: dzwoń tylko w nagłych wypadkach. Nie wywołuj nas, jeśli to nic ważnego. – Westchnął Snake, mając w głowie te same dni, kiedy Raiden był jeszcze żółtodziobem.
– Jasne. – Raiden włożył Codec głęboko do ucha.
– Jeszcze jedno… – Powiedział Otacon. – Moja częstotliwość to 141.12, Snake’a 140.85, a Mei Ling 140.96. To ostatnie połączenie jest nie do wyśledzenia, nie musisz obawiać się o dziecko.
– Którędy wchodzimy, Otacon? – Spytał Snake, otwierając boczne drzwi Kamova. Dopiero w tym momencie dotarło do niego, że zamierzają iść do miejsca, o którym nic nie wiedzą, opierając się na podejrzanym numerze telefonu i mężczyźnie, który nie wiedząc o tym, pracował dla Patriotów. Cała sprawa śmierdziała bardzo mocno.
– Widzisz tamten właz? – Otacon wszedł do ładowni, i przez otwarte boczne drzwi wskazał na coś. – To wejście do kanałów. Zejdziesz tam po drabinie, a potem skierujesz się na południe.
– Powiedziałeś kanałów? – Powiedział Snake marszcząc brwi.
– Tak. To najlepsza droga do środka. – Otacon miał minę cierpiętnika, kiedy wypowiadał te słowa; tak, jakby każde z nich z trudem przechodziło mu przez gardło.
– W porządku. – Ton głosu Snake’a zdawał się przeczyć temu, co ten przed chwilą powiedział.
– Kiedy będziecie na dole – zadzwoń. Musze sprawdzić swoje plany na komputerze.
– Czy to wszystko? – Zapytał Snake.
– Tak… Myślę, że tak.

Cała trójka stała tam, jakby oczekując na coś, co miałoby się stać. Wtem Snake obrócił się, i zaczął iść w kierunku wejścia do kanałów. Raiden podążył za nim. Otacon stał przez chwilę w drzwiach helikoptera, po czym zamknął je i włączył urządzenie maskujące. Kiedy krótką chwilę po tym Raiden obejrzał się za siebie, jedyne co zobaczył to niebieskie światełka. Helikoptera już tam nie było.
Raiden i Snake znaleźli drabinę, jednakże na dole kanał nie wyglądał jak typowy kanał kanalizacyjny; zapach nie był też aż taki zły i nie biegła tamtędy woda. Nawet budowa była inna, niż typowego kanału. Skierowali się na południe, by po dwóch minutach znaleźć się w ślepym zaułku.

– Ładnie… – Snake był wyraźnie sfrustrowany. – Dzwonię do Otacona.
Snake położył rękę przy uchu i zaczął mówić.
– To ślepy zaułek, Otacon.
– Cóż… Nie tak to wygląda na planach. – Otacon nie ukrywał zaskoczenia.
– Może te plany zostały zmienione?
– Nie jestem pewien… W każdym razie tam, gdzie jesteście powinna być drabina. – Głos Otacona zdawał się być coraz bardziej natarczywy.
Snake jeszcze raz omiótł wzrokiem ślepy zaułek, w którym się znaleźli; Raiden patrzył w stronę, z której przyszli, aby upewnić się, ze niczego nie przeoczyli.
– Czy ktoś mógł zmienić drabinę w coś… innego? – Zapytał Snake.
– Na przykład co? – Otacon był zupełnie zbity z tropu.
– Na przykład windę. – Sprecyzował Snake.
– Oczywiście! Dlaczego o tym nie pomyślałem… Snake, te plany są dosyć stare, więc to o czym mówisz jest całkiem prawdopodobne. Wiesz, Snake… Czasami cię nie doceniam!
– Wiem. – Powiedział Snake typowym dla siebie, spokojnym głosem.
– Jak ją otworzymy? – Teraz Raiden położył dłoń przy uchu.
– Poszukajcie jakiegoś panelu kontrolnego na którejś ze ścian. – Zaproponował Otacon. – Coś takiego, co znajduje się przy większości wind.
Snake i Raiden zaczeli badać ściany, jednak nic nie znaleźli.
– Nic tu nie ma. – Snake wydawał się powoli tracić nad sobą kontrolę.
– Cóz… Z tego miejsca nic nie mogę zrobić. – Odpowiedział Otacon, dając do zrozumienia, że to co się dzieje nie jest w żadnym stopniu jego winą.
– Musimy znaleźć inną drogę na dół. – Gdy tylko Raiden skończył wypowiadać te słowa, usłyszeli coś dochodzącego zza ściany kończącej drogę na południe.

Snake błyskawicznie wyciągnął SOCOM, a Raiden dobył swego HF Blade. Dźwięk dochodził dokładnie zza ściany, trwał przez chwilę, po czym znów zapadła cisza.
– Co u diabła?!? – Wycedził Snake, lustrując dokładnie ścianę.
Chwilę potem usłyszeli nowy dźwięk, i ślepy zaułek zaczął się podnosić. Za nim znajdowała się czysta, biała winda. Snake włożył swoją broń z powrotem do kabury, kątem oka zobaczył Raidena umieszczającego HF Blade z powrotem na jego plecach.
– Otacon, jak to zrobiłeś? – Zapytał Snake.
– Nie… Nie wiem. – Otacon był nie mniej zaskoczony od Snake’a i Raidena. – Poczekaj… Tak, chyba rozumiem. Ta winda jest aktywowana głosem. Kiedy Raiden powiedział ‘dół’, ona przyjechała do was na górę.

Teraz byli już pewni, że to nie jest zwyczajne miejsce. Snake wszedł do windy pierwszy, zaraz za nim zrobił to Raiden. Już w środku, Snake zobaczył znak mówiący ‘Piętro 0 – Piętro -1’.
– Piętro -1. – Powiedział wyraźnie Snake.
Przez chwilę nic się nie działo, po czym ślepy zaułek wrócił na swoje miejsce, a winda zaczęła poruszać się na dół.

Rozdział IV

Ocelot wyszedł z pokoju, w którym przebywał wcześniej, obserwując monitory. Na jego twarzy zdawał się malować lekki uśmiech. Kilka stóp dalej, standardowo wyposażeni żołnierze w kominiarkach pogrążeni byli w rozmowie. Jeden z nich podejrzliwie wpatrywał się w Ocelota, a kiedy ten spojrzał się w jego stronę, natychmiast odwrócił wzrok. Kiedy Ocelot zaczął iść, żołnierz podążył za nim, jednak zgubił go za rogiem.
– Niech cię szlag, Ocelot! – Głos żołnierza brzmiał kobieco.

Minęły około dwie minuty, zanim winda stanęła na piętrze -1. Drzwi otworzyły się, odkrywając ciemność znajdującą się za nimi. Otacon ciągle był sprawdzał przez Codec, czy wszystko w porządku:
– Co się dzieje? – Zapytał.
– Jesteśmy na dole, ale póki co nic nie widzę. – Odpowiedział Snake, po czym założył swój noktowizor. Po drobnej korekcie ustawień jego oczom ukazał się bardzo długi korytarz. Na końcu korytarza znajdywały się kolejne drzwi, z charakterystycznymi punktami po ich obu stronach, a przed nimi w każdej ze ścian korytarza rysowała się mała wnęka.
– Kolejna winda?!? – Zdziwił się Raiden.
– Tak, to ma sens. Na planach w tym miejscu jest kolejna drabina. – Zareagował na jego słowa Otacon. – Dalej plany są dosyć ciężkie do odczytania…
– Ta nie wygląda na kontrolowaną głosem. – Stwierdził Snake, patrząc na panel znajdujący się na ścianie obok drzwi windy.
– Więc weźcie ją.
– Ok… Arggggghh… – zasyczał Snake, podobnie jak Raiden.
– Co się stało? – Zapytał mocno zaniepokojony Otacon.
– Tu są światła. – Powiedział z bólem Raiden.
– I ktoś właśnie je włączył. – Dokończył z podobnym bólem Snake.
Obaj zdjeli swoje noktowizory. Na dłuższą chwilę niemalże oślepli przez światło, które ujrzeli w swoich goglach. Bardzo powoli otwierali oczy, starając się przyzwyczaić je do jasnego światła. I wtedy to usłyszeli. Nadjeżdżała winda, po którą jeszcze nie posłali.

Snake i Raiden natychmiast przylegli plecami do ściany, wykorzystując wnęki po obu stronach korytarza aby się ukryć.
– Co się tam dzieje?!? – Głos Otacona stawał się coraz bardziej niespokojny.
– Przez chwilę będziemy cicho, Otacon. – Powiedział Snake i wyłączył swój Codec. W tej samej chwili otworzyły się drzwi windy.

Wyszło z niej dwóch strażników. Snake i Raiden mieli bardzo mało miejsca w którym mogliby się ukryć. Żołnierze zaczeli iść w stronę aktywowanej głosem windy.
– Mam nadzieję, że z windą wszystko w porządku. – Powiedział jeden z nich.
– To pewnie tylko kolejna awaria sensorów. Przecież nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, że to miejsce w ogóle istnieje. – Odpowiedział drugi.
Z każdym krokiem zbliżali się do intruzów. Snake wyjął swój mały nóż, a Raiden niesamowicie umiejętnie zdjął HF Blade z pleców, nie wynurzając się nawet na chwilę z odrobiny cienia, w jakiej się znajdował. Strażnicy znaleźli się na wysokości Snake’a i Raidena, następnie mineli ich… A potem wszystko potoczył się bardzo szybko. Snake złapał jednego z nich od tyłu i poderżnął mu gardło. Drugi odwrócił się, ale Raiden był szybszy. Ostrze HF Blade miał zwrócone ku sobie, więc uderzenie jakie zadał strażnikowi nie zabiło go; został tylko ogłuszony. Snake był zaskoczony szybkością Raidena.
– Dobra robota. – Powiedział.
Raiden skinął głową, a Snake złapał oszołomionego strażnika i zapytał:
– Czy są jeszcze jakiekolwiek straże przy windzie na dole?
– Kiiiiiiiii… Kiiiim jesteeeściee? – Strażnik był ciągle oszołomiony całą sytuacją.
Snake potrząsnął nim i zapytał jeszcze raz:
– Czy na dole przy windzie są jeszcze jacyś strażnicy?!? – W głosie Snake’a dała się słyszeć wyraźnie brzmiąca groźba.
– Coooo… Co… Nie, nie ma. – Odpowiedział mu żołnierz, trzęsąc przy tym kolanami i pocąc się dużo ponad miarę.
– To dobrze.
Raiden założył HF Blade z powrotem na plecy i zaczął iść w kierunku windy.
– Chcę, żebyś odezwał się do swoich przyjaciół i powiedział im, że wszystko jest w najlepszym porządku. – Ton Snake’a nie pozwalał na sprzeciw.
– Doooobrze… Dobrze… Tylko… Nie zabijaj mnie, proszę… – Strażnik podniósł radio i zameldował. – Wszystko w porządku. Bez odbioru.
Zaraz po tym leżał już nieprzytomny na podłodze, gdy Snake wypuścił go z uścisku. Po tym, co zobaczył w czasie zajścia ze strażnikami i teraz, Raiden doszedł do wniosku, że Snake jest ciągle w bardzo dobrej formie.
– Już jesteśmy, Otacon. – Snake znów miał dłoń przy uchu.
Raiden był już przy windzie i nacisnął przycisk, aby ją przywołać.
– To dobrze, zaczynałem się już martwić. – powiedział Otacon.
Snake wszedł do windy i zauważył, że na panelu znajdowało się kilkanaście pięter. Wybranie niektórych z nich wymagało specjalnej karty.
– Rose musi być na jednym z nich. – Stwierdził Raiden, wskazując na piętra z ograniczonym dostępem.
– Taaaaaaaaa… – kiwnął głową Snake. Potem przejrzał listę pięter, i znalazł coś interesującego: „biuro ochrony – piętro 2”.
– Pojedziemy tam i może uda się znaleźć jakiś sposób dostania się na tamte piętra. – Powiedział Snake, wskazując na „biuro ochrony”.
– Ok.
– Nic tu po mnie. Gdybyście mnie potrzebowali – dzwońcie. – Otacon rozłączył się.

Snake nacisnął przycisk i zaczeli powoli zjeżdżać na dół. To, co stało się chwilę później, zaskoczyło obu. Okazało się, że ściany windy, poza drzwiami, były ze szkła. Kiedy zjechali poniżej piętra na którym poprzednio byli, zobaczyli olbrzymią pustą przestrzeń. Ta przestrzeń zniknęła, kiedy dojechali na drugie piętro. Chwilę przed zatrzymaniem się windy obaj wyjeli swoją broń. Snake wiedział, że gospodarzom zajmie chwilę zorientowanie się, że w bazie jest dwójka intruzów.
– Musimy zrobić to jak najszybciej. – Głos Snake’a brzmiał pewnie.
– Bez wątpienia. – Raiden nie mógł się nie zgodzić.
– Pójdę poszukać sposobu na dostanie się na tamte piętra. Ty zostaniesz tutaj i upewnisz się, że nikt nie pojedzie windą na górę.
Drzwi otworzyły się i ich oczom ukazał się duże pomieszczenie. W polu widzenia nie było strażników. Wyglądało to podejrzanie, ale z drugiej strony czyniło ich zadanie łatwiejszym. Wtem w głowie Raidena zrodziło się pytanie:
– Snake, jak u diabła chcesz cokolwiek tutaj znaleźć? Przecież nie znasz tego miejsca, nigdy tutaj nie byłeś.
– Cóż… Mam coś, co może mi pomóc. To pomieszczenie jest na tyle duże, że nie powinno być żadnego rezonansu harmonicznego.
– O czym ty mówisz? – Słowa Snake’a stanowiły dla Raidena zagadkę.
– Radar Soliton. Może mapować teren dzięki pewnym ulepszeniom wprowadzonym przez Otacona.
Raiden przypomniał sobie, że używał czegoś podobnego dwa lata temu, co zakończyło rozmowę na ten temat.
– Idę. – Rzekł Snake i zaczął kierować się w głąb pomieszczenia.
Raiden wyszedł z windy i ukrywszy się za stojącymi obok roślinami, patrzył na oddalającego się Snake’a.

W innym pokoju ukryta kamera przekazywała obraz sylwetki idącej ostrożnie z wyciągniętą bronią. Wypowiedziane chwilę później słowa echem odbijały się od ścian.
– Drogi bracie… – Mówiący to głos miał wyraźny angielski akcent.

Rozdział V

Raiden patrzył na Snake’a, jak ten wchodził w głąb pomieszczenia; Snake mógł wybrać dwie drogi: z prawej strony był mały pokój, jednak Snake zdecydował się sprawdzić lewą stronę. Raiden uważał, że wszystko, co do tej pory się stało, było bardzo podejrzane: jakim cudem przetrwali tak długo w jednym z ośrodków Patriotów? Szybko jednak otrząsnął się z tych myśli: najważniejsze było odnalezienie Rose.

Radar Soliton Snake’a doskonale mapował pomieszczenie, duże lobby z windą oraz rozwidlenie za nim, gdzie korytarz rozdzielał się. Po tym, jak Snake skręcił w lewo, ujrzał drzwi z małym oknem, przez które zajrzał do środka. Wewnątrz znajdowały się cztery osoby, które ze względu na charakterystyczne białe fartuchy, oraz twarze pokryte już zmarszczkami wyglądały na naukowców. Snake podszedł do kolejnych drzwi; te z kolej nie miały już okna. Otworzył je i jego oczom ukazało się coś, co wyglądało na czyjeś osobiste biuro – może któregoś z naukowców, albo innej ważnej osoby. Rozpoczął przeszukiwanie szuflad znajdującego się w pokoju biurka, w nadziei na znalezienie klucza, którego mógłby użyć w windzie. Otaczająca wszystko cisza została nagle przerwana przez roznoszący się echem głos, dobiegający z głośników:
– Personel naukowy: poziom bezpieczeństwa normalny, powrócić na swoje stanowiska pracy.
Snake wiedział, że to on i Raiden byli przyczyną zakończonego właśnie alarmu. Ochrona była całkiem szczelna i mimo że Snake kazał strażnikowi na górze zameldować, że wszystko jest w porządku, podjęte zostały określone środki bezpieczeństwa. Zważywszy na ochronę otaczającą naukowców, Snake doszedł do wniosku, że musieli pracować nad czymś ważnym.

Raiden także usłyszał informacje o zakończeniu alarmu; cofnął się nieco i ukrył jeszcze lepiej. Nagle, za jego plecami pojawił się cień. Raiden nie zauważył go, podczas gdy cień stawał się większy i większy.

Snake nie znalazł niczego w biurze, postanowił więc się cofnąć i sprawdzić prawą odnogę korytarza. Zanim doszedł do rozwidlenia zadzwonił Otacon.
– Co się stało? – Zapytał Snake.
– Chodzi o Raidena; nie mogę się z nim skontaktować. Dzwoniłem do niego zapytać, jak wam idzie, ale nie odpowiedział.
Snake zobaczył naukowców z pomieszczenia, które mijał wcześniej – opuścili je i zaczeli iść w stronę windy. Snake natychmiast pomyślał o Raidenie – czy ten schował się wystarczająco dobrze? Czy na tyle dobrze, że nie zostanie zauważony przez zbliżających się ludzi? Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót parę chwil później, kiedy z drzwi znajdujących się po prawej stronie rozwidlenia wyszło czterech żołnierzy. Wyglądało na to, że mieli oni za zadanie ochronę naukowców. Wszystko to wyglądało na zorganizowane bardzo sprawnie.
– Jest źle. – Powiedział do siebie Snake, po czym podszedł do rogu korytarza i wyjrzał na lobby. Widział naukowców, żołnierzy, ale nigdzie nie było Raidena.
– Nie ma go tu, Otacon. – Powiedział Snake, rozglądając się po lobby.
– Jesteś pewien?
– Tak, jestem pewien. – Snake ponownie ukrył się za rogiem.
– Przerywamy misje?
– Nie wydaje mi się, żeby on chciał, abyśmy tak zrobili. Znajdę go.
Naukowcy weszli do windy, i zjechali nią na dół. Snake starał się przypomnieć sobie nazwy i numery pięter: „Góra – Piętro 3; Ochrona – Piętro 2; R&D – Piętro – 1”. Cała reszta rozmywała mu się w głowie.
– Jak zamierzasz go znaleźć? – Tym pytaniem Otacon przywołał Snake’a z powrotem do rzeczywistości.
– Coś wymyś…

– Co u diabła… !!! – zduszony krzyk zaskoczył Snake’a. Pochodził on z ust żołnierza, który nie wyszedł wcześniej z pokoju, z którego wyszli pozostali żołnierze. Zdecydował się na to dopiero teraz.

– Cholera! – Nim Snake wymówił to do końca, SOCOM znajdował się w jego ręku, wycelowany w strażnika. Następujące po tym wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Strażnik zamiast schować się i zawołać towarzyszy wyciągnął pistolet z kabury. Snake nie był w stanie rozpoznać, co to za broń; jedyne, co zdołał zauważyć to, że była nowoczesna. Strażnik wycelował ją w Snake’a. Inni strażnicy, zaalarmowani zachowaniem się swojego kolegi, rozglądali się niespokojnie, jednak z lobby nie widzieli Snake’a. Snake wycelował, podobnie jak żołnierz, w którego mierzył. Padł strzał.
Strażnik padł po bezpośrednim trafieniu w głowę. Pozostali żołnierze nadbiegali, a dookoła Snake’a nie było miejsca, w którym ten mógłby się ukryć. Musiał improwizować. Szybko strzelił w znajdujące się w pobliżu światła, co spowiło jego i całe otoczenie w ciemnościach. Kiedy strażnicy zbliżali się do niego, z bronią gotową do strzału, Snake założył swój noktowizor i kiedy tylko pierwszy nich wychylił się zza węgła nacisnął spust. Tak też działo się, gdy każdy kolejny ukazywał się w jego polu widzenia. Bez zawahania. Strażnicy padali, jeden po drugim. Nie zdążyli nawet zobaczyć, co ich zabiło. Snake ciągle trzymał broń wyciągniętą przed siebie, gotową do strzału, mimo świadomości, że oni wszyscy nie żyją. Po prostu…
– Snaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaake!!! Co się tam dzieje?!? – Otacon był bliski histerii. – Snake, odezwij się!!!

Po paru sekundach ciszy…
– Jestem tu, Otacon… – Snake odpowiedział spokojnie, włożył broń do kabury i wstał z pozycji kucającej. Zaczął iść w stronę windy, zdejmując gogle. Zlustrował otoczenie: Raidena tu nie było.
– Znalazłeś go? – Zapytał Otacon.
– Idę sprawdzić prawą stronę tego pomieszczenia. – Powiedział Snake i skręcił w prawo.
– Co z Rai…
– Da sobie radę. – Snake wiedział, że Raiden był twardy, ale nie potrafił przestać zastanawiać się, co się z nim stało. Czy ktoś go zabrał? Albo może postanowił poszukać Rose na własną rękę? Czy może spełnić miał się najczarniejszy scenariusz, w co Snake tak naprawdę nie wierzył, ale… Czy Raiden nie pracował dla Patriotów, a to wszystko nie było tylko misternie zorganizowaną pułapką, w którą on właśnie wpadał?

Radien obudził się i zaczął otwierać oczy. Wszystko dookoła niego było białe. Usiadł i zauważył, że siedzi na jakimś łóżku. Otworzył oczy szeroko a następnie zaczął badać wzrokiem pokój, w którym się nagle znalazł. Ściany i sufit były białe, natomiast podłoga wydawała się być olbrzymim lustrem. Najgorsze było to, że nigdzie nie było wyjścia. Raidenowi po chwili rozjaśniło się w głowie, sięgnął dłonią do ucha, by uaktywnić Codec, jednak jedyne co usłyszał to znajomy sygnał ‘Brak odpowiedzi’. Cały ekwipunek przepadł: jedyne, co mu zostało to jego sneaking suit. Po dłuższej chwili wstał i zaczął badać ściany w poszukiwaniu przełącznika albo drzwi, albo czegokolwiek. Niestety, bez rezultatu. Beznamiętnie wpatrywał się w swoje odbicie.

Po drugiej stronie lustra toczyła się rozmowa.
– Widzę, że znalazłeś go. – Powiedział Ocelot.
– Tak, jednak zdołał nas znaleźć. – Odpowiedział Shadow.
– Jak to możliwe? – W głosie Ocelota brzmiała autentyczna ciekawość.
– Ktoś musiał mu powiedzieć.
– Może to był on. – Powiedział Ocelot i wskazał głową na postać stojącą w rogu, patrzącą na Raidena przez specjalne lustro. Na te słowa postać nie powiedziała ani słowa; nie poruszyła się nawet.
– Nie wydaje mi się. – Shadow był pewien tego, co mówi.
Postać ruszyła w stronę drzwi; był to wysoki mężczyzna z lśniącymi, długimi włosami. Miał na sobie wojskowe spodnie i czarne rękawiczki. Nie miał koszuli, jego ciało pokryte było bliznami: śladami po nożach i kulach. Kiedy doszedł do drzwi, odwrócił się do Shadowa i Ocelota. Po środku czoła miał dziurę po kuli.
– Mam nadzieję, że przyjdzie nam jeszcze raz walczyć. – głos Vampa był czysty, jakikolwiek akcent był prawie nie do wychwycenia.
– Nie wydaje mi się. – Odparł Shadow.
– Heh… – Vamp uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z pokoju.
Ocelot obrócił się do Shadowa:
– Czy był sam?
– Tak. – Shadow wyglądał na zaskoczonego tym pytaniem. – Dlaczego?
– Tak tylko pytam. – Ocelot obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.
Shadow popatrzył na Raidena przez dłuższą chwilę i powiedział:
– I co ja mam z tobą zrobić?

Przed pokojem żołnierz stał czujnie na warcie. Najpierw zobaczył Vampa i Ocelota opuszczających pokój. Po tym, jak Ocelot wyszedł, żołnierz przytrzymał drzwi i spojrzał do środka. Osoba, która tam stała patrzyła w górę i w pewnym momencie powiedziała „I co ja mam z tobą zrobić?”. Żołnierz podążył wzrokiem za mówiąca to osobą i zobaczył kogoś w dziwnym kostiumie. To obudziło wspomnienia… Żołnierz zamknął drzwi i poczekał, aż mężczyzna opuści pokój. Shadow wyszedł parę sekund później. Żołnierz odczekał jeszcze chwilę, po czym wszedł do środka. Podczas badania pokoju znalazł właz prowadzący do celi na górze, przy którym znajdował się przycisk. Żołnierz wahał się: „Czy ten mężczyzna może wiedzieć coś ważnego? Coś ważnego z punktu widzenia mojej misji?”. Żołnierz zaryzykował i nacisnął przycisk. Schody zaczęły wyłaniać się z podłogi, a właz stanął otworem.

Raiden odwrócił głowę w stronę rogu pokoju, gdzie pojawiała się właśnie jakaś dziura, z której zaczęła wyłaniać się sylwetka. Był to mężczyzna w wojskowym mundurze z bronią, której Raiden nie był w stanie zidentyfikować.
– Kim jesteś? – Głos żołnierza zabrzmiał dziwnie kobieco. – Ten kombinezon, jesteś z FOX-HOUND?
Pytanie zaskoczyło Raidena, który dopiero po chwili odpowiedział.
– Ex – FOX-HOUND. – nie zamierzał mówić nic więcej.
Raiden i żołnierz wymienili spojrzenia. Żołnierz zaczął obchodzić Raidena dookoła, sprawdzał go. Raiden nie zamierzał próbować załatwić strażnika: jaki miałoby to sens, skoro nie wiedział nawet gdzie jest?
Żołnierz zatrzymał się, jeszcze raz obejrzał Raidena dokładnie i stwierdził:
– Wyglądasz jak dziewczyna. – Głos zabrzmiał jeszcze bardziej kobieco. Żołnierz zdawał się wyczuwać, że Raiden nie stanowi zagrożenia.
Raiden zaczął stawać się rozdrażniony, ale na szczęscie nie trwało to długo: żołnierz ściągnął kominiarkę i wszystko stało się jasne.
To nie był on. To była ona, piękna rudowłosa kobieta. Na czole miała przewiązaną bandanę, aby jej puszyste włosy nie wychodziły spod kominiarki. Zdjęła także koszulę, aby pokazać dziury po kulach w ramionach i tatuaż FOX-HOUND, który wskazała Raidenowi. Ten rozszerzył oczy ze zdumienia:
– Kim jesteś?!? – Zapytał zaskoczony.
– Mam na imię Meryl.

Rozdział VI

Snake przeszedł obok martwych strażników ku prawej stronie korytarza i jego oczom ukazały duże, podwójne drzwi (te, z których uprzednio wyszli żołnierze). Po wejściu przez nie zobaczył duże biurko, jakieś szafki, ale nic więcej; ani śladu klucza do windy. „Jak to może być Centrum Ochrony, skoro nic tu nie ma?!?”.
Zawrócił. „Chyba powinienem ukryć ciała”. Zaniósł je, jedno po drugim, do biura po lewej stronie. Podczas przenoszenia jednego z żołnierzy zobaczył, że na jego kominiarce znajduję się czerwony kwadrat. Snake przeszukał jego ciało, wszystko nabrało sensu. Ten strażnik był wyższy rangą, niż pozostali; to właśnie on został w pokoju dłużej, niż pozostali. W kieszeniach żołnierza Snake znalazł dziwny, kwadratowy klucz; sprawdził także broń strażnika. Był to dziwny pistolet, na którego kolbie znajdował się małe zielone światełko. Kiedy Snake wyjął broń z ręki strażnika, zmieniło ono kolor na czerwony. Stało się jasne, że broń ta mogła być użyta tylko przez jedną osobę. Snake wstał, wrócił do windy i przywołał ją.
– Mam jakiś klucz, Otacon. – Powiedział Snake, sięgając do ucha jedną ręką i trzymając klucz w drugiej.
– Dobrze. Ale ciągle nie wiesz, gdzie jest Raiden. – Otacon wydawał się być zmartwiony.
– Nie wszystko naraz, Otacon. – Uspokoił go Snake.
Po paru sekundach przyjechała winda. Snake wszedł do środka i dokładnie zbadał numerację pięter: „Góra – Piętro 3; Ochrona – Piętro 2; R&D – Piętro – 1; Piętro 0; Piętro -1; i tak dalej”. Tylko piętra 1 – 3 były otwarte dla każdego, reszta miała otwory obok numerów pięter, w które należało włożyć specjalny klucz. Snake nie wiedział, z którym slotem zadziała jego klucz, więc włożył go dziurki obok „Piętro 0”; dał się usłyszeć przyjemny „klik!” co oznaczało, że klucz zadziałał. Drzwi windy zaczęły się zamykać.
– Działa. – Powiedział Snake do Otacona.
– Uważaj, Snake: nie wiesz, na co się natkniesz.
Drzwi zatrzasnęły się, jednak zanim winda zaczęła się poruszać, Snake nacisnął duży, czerwony przycisk „STOP”; winda zatrzymała się.
– Masz rację, Otacon. Mam pomysł. – Powiedział Snake, patrząc na podłogę windy.

Raiden nie wiedział, jak ma rozumieć to co się dzieje. Na dobrą sprawę, co się dzieje tak naprawdę też nie wiedział. „Kim jest ta kobieta? Skąd wiedziała, że byłem w FOX-HOUND? I dlaczego mi pomaga?”. Raiden i Meryl zeszli do pokoju znajdującego się poniżej białego więzienia. Raiden spojrzał w górę, i zobaczył jak wyraźnie widać stąd wszystko, co działo się na górze.
– Znałam kogoś, kto był w FOX-HOUND. – Powiedziała Meryl. Na te słowa Raiden przykuł na niej swój wzrok. – Ten kombinezon jest bardzo podobny.
– Kto to był? – Zapytał Raiden, ciągle nie będąc pewnym, kim jest kobieta; był jednak prawie pewien, że nie jest wrogiem.
– Minęło dużo czasu… Zresztą, nieważne. – Powiedziała Meryl, odwracając twarz. – Zresztą, co ty tutaj robisz?
Raiden zawahał się przez chwilę, postanowił jednak odpowiedzieć:
– Szukam kogos. – Głos Raidena był zdecydowany.
– Kto to jest? Może mogę pomóc. – Meryl brzmiała tak, jakby wiedziała o wiele więcej.
– Nie wydaje mi się, żebyś ją znała. – Raiden zastanawiał się, czy ta kobieta widziała Rose.
– Poczekaj… Mówisz ‘ją’ – to kobieta, tak?
– Tak. – Powiedział Raiden z błyskiem nadziei w oku, po czym powiedział szybko:
– Widziałaś ją? Jak wyglądała?
– Miała ciemne włosy… – Powiedziała ostrożnie Meryl.
– Była mniej więcej tego wzrostu? – Mówiąc to Raiden pokazał dłonią na sobie wzrost Meryl.
– Tak. – Meryl była pewna, że to ta sama kobieta.
– Gdzie ona jest?
– Cóż… Prawdopodobnie w areszcie.
– Gdzie to jest?
– Pokaże ci, ale najpierw musisz mi pomóc.
Wyraz twarzy Raidena zmienił się. „Więc dlatego mi pomogłaś”. Raiden nie lubił pomagać nieznajomym ludziom; czuł się wtedy, jakby był kontrolowany, a bardzo tego nie lubił. Nie miał jednak wyboru, ta kobieta wiedziała, gdzie była Rose; być może kłamała, ale to była jego jedyna szansa.
– Co masz na myśli przez ‘pomóc’?
– Chcę, żebyś znalazł tutaj pewne informacje. Nie mogę zrobić tego sama, dlatego potrzebuję ciebie.
Raiden zawahał się, jednak jak tylko pomyślał o uwięzionej Rose wiedział, co należy odpowiedzieć:
– Dobrze. Pomogę ci.

Winda dotarła na Piętro 0 i dwóch strażników zwróciło się w jej stronę. Kiedy drzwi otworzyły się, odkryły puste wnętrze windy.
– Co u diabła?!? – Powiedział jeden z nich, podczas gdy drugi drapał się po głowie. Zbadali windę dokładniej, jednak nic nie znaleźli.
– Daj spokój, pewnie znowu jakieś zwarcie. – Powiedział ten, który wcześniej drapał się po głowie.
Obrócili się. Winda była pusta, ale pod windą, za małą klapką wisiał Snake. Winda nie miała żadnych kabli, poruszana była przez jakiś rodzaj elektromagnesu. Snake patrzył przez prawie zamknięty właz i kiedy strażnicy wyszli z windy cicho podciągnął się, wyjął SOCOM i zamknął klapkę. Dwójka strażników stała przed nim, z bronią przewieszoną przez ramię. Byli zupełnie nieświadomi tego, co działo się za nimi. Snake zbliżył się do nich.
– Ręce do góry! – Powiedział Snake swoim szorstkim głosem.
Żołnierze zawahali się przez moment, po czym jednak postąpili zgodnie z poleceniem. Snake szybko kopnął jednego z nich w głowę a drugiego w plecy. Obaj nieprzytomni upadli na ziemię. Snake złapał pierwszego i zrzucił go przez właz w windzie, to samo zrobił z drugim. Póki co nikt nie wiedział, że tam był.
Snake zbadał pokój i okazało się, że jest dokładnie taki sam, jak poprzedni. Zaczął iść, cały czas wypatrując strażników i dostrzegł różnicę między tym pomieszczeniem, a poprzednim. Były nim duże drzwi naprzeciwko windy z napisem „Tylko Oficjalny Personel”. Snake podszedł bliżej i tym razem wszedł od razu w rozwidlenie. To była mesa, zawierająca sterty pudełek z żywnością i temu podobne rzeczy. Odgłos, który dobiegł do Snake’a przerwał badanie pomieszczenia. Snake odwrócił się; jego oczom ukazało się dwóch uzbrojonych mężczyzn, którzy wyglądali zdecydowanie inaczej, niż strażnicy: ich mundury wyglądały na bardziej wojskowe, podobnie broń. Szli w kierunku mesy. Snake stwierdził, że najlepszym pomysłem byłoby ukrycie się, jednak stoły były na to za wysokie; tamci bez trudu mogliby pod nie zajrzeć. Snake rozglądał się po otoczeniu, w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca, w którym mógłby się schować, jednak niczego nie znalazł. Żołnierze zbliżali się bardzo szybko i Snake dokonał odważnego wyboru.

– Skoro byłeś w FOX-HOUND, mam nadzieję, że jesteś dobry.
Raiden nawet nie drgnął.
– Dobrze, więc. Chcę, żebyś dostał się do pewnego biura. Problem polega na tym, że gdy urzędująca tam osoba opuszcza je, włączony zostaje system bezpieczeństwa, zawierający wszystkie możliwe zabezpieczenia anty-włamaniowe.
Meryl przerwała, na co Raiden kiwnął głową.
– Wiem, jak wyłączyć zabezpieczenia. – Kontynuowała Meryl. – Ale nie starczy mi czasu, aby dostać się do biura i wrócić bez wywoływania podejrzeń.
– Więc chcesz, żebym to ja tam wszedł? – Przerwał jej Raiden.
– Tak. – Odpowiedziała Meryl, wyczuwając, że mężczyzna z którym rozmawiała był mądrzejszy, niż na to wyglądał. – Zrobisz to?
Raiden pomyślał o tym przez parę sekund: miał pomóc komuś kogo nie znał; jednak przypomniał sobie swoje spotkanie z Solid Snake’iem dwa lata temu i czuł się podobnie teraz, w obecności tej kobiety.
– Ok.
– Świetnie. Teraz pozwól, że wyjaśnię ci szybko parę rzeczy dotyczących personelu tego miejsca. – Kiedy Meryl mówiła to, Raiden przyłożył dłoń do ucha, starając się nawiązać połączenie przez Codec. Jednak jedyne, co mógł usłyszeć to sygnał „Brak odpowiedzi”. Był sam.
– Możesz spotkać tu pięć rodzajów personelu: strażnicy, żołnierze (tu meryl wskazała na swój mundur), naukowcy, oficerowie i Wspomagacze.
Raiden kiwał głową, jednak kiedy Meryl powiedziała „Wspomagacze”, zaciekawiło go to.
– Wspomagacze? Co masz na myśli?
– Prawdę mówiąc nie wiem; wiem natomiast, że są bardziej niebezpieczni niż wszyscy żołnierze razem wzięci. – Meryl zawahała się przez chwilę. – Jest ich tylko dwóch.
– Dwóch?!? „Jak dwie osoby mogą być aż tak niebezpieczne?”
– Dobra, poczekaj tutaj. Załatwię ci ubiór żołnierza, tak żebyś mógł sprawniej poruszać się po bazie.
„O nie… znowu”. Raiden miał złe doświadczenia, jeśli chodzi o używanie cudzego ekwipunku.
Meryl opuściła Raidena na parę sekund. Po chwili wróciła i powiedziała:
– Masz, załóż to. To chyba twój rozmiar. – Meryl rzuciła mu uniform. Trzymała go dla kogoś innego, ale teraz to Raiden miał go nosić. – Jeszcze jedno: nie możesz używać tu tej broni.
Meryl pokazała Raidenowi nowocześnie wyglądającą broń.
– Ma specjalny system: może być używana jedynie przez osobę, do której została przyporządkowana. Upewnij się, że to małe czerwone światełko jest zawsze zasłonięte; jeśli zobaczą je, będą wiedzieć, że nie jesteś właścicielem tej broni.
– A twoja? – Raiden skierował wzrok na broń Meryl.
– Moja też nie działa. Ukradłam ją, tak jak uniform.
Ta kobieta intrygowała Raidena; mógł ją śmiało zaatakować wcześniej, w areszcie: była tu sama, w przebraniu, a poza tym nie miała ze sobą broni, której mogłaby użyć.
– Od jak dawna tu jesteś? – Mówiąc to Raiden zakładał kolejne części nowego ubrania. Jednocześnie był coraz mniej podejrzliwy w stosunku do Meryl.
– Około dwa miesiące. Starałam się dostać do biura, ale to nie takie łatwe. Przynajmniej wiem teraz, jak wszystko tutaj działa.
Raiden był zaskoczony: dwa miesiące i nikt nie zauważył, że tu była. Chwilę po jej słowach skończył się przebierać.
– Jesteś gotowy, to dobrze. Teraz weź to. – Meryl dała Raidenowi radio. – Po wyjściu z tego pokoju idź w lewo i zadzwoń do mnie, kiedy dojdziesz do korytarza po lewej stronie.
– Jasne. – Powiedział Raiden, wychodząc z pokoju.