-prolog-

W kwietniu 1934 roku profesor Wasilij Ptuszko – nasz agent na Uniwersytecie Moskiewskim imienia Michaiła Łomonosowa – przesłał nam informację, że z osobistego polecenia Stalina kilkunastu naukowców z różnych działów zostaje przeniesionych do niedawno utworzonego ośrodka naukowego w mieście nad Wołgą, Stalingradzie. Nikogo to wtedy specjalnie nie zaskoczyło; Stalin miewał dziwniejsze pomysły, na przykład wycięcie wszystkich drzew w promieniu pół kilometra od swojej posiadłości aby nie dawały zamachowcom osłony, albo polecenie kopania pod urzędami specjalnych piwnic, gdzie umieszczano pokoje podsłuchowe.
Agent hibernował prawie rok czasu; uznaliśmy, że potrzebuje go aż tyle, by znaleźć sposób na przekazywanie nam informacji. Nie niepokoiło nas to, zresztą mieliśmy wtedy własne problemy – mozolne wdrażanie New Deal, programu naszego prezydenta, również wymagało naszego zaangażowania, a chcieliśmy pomóc FDR na tyle, na ile byliśmy w stanie. Z radosnego ganiania za prowokatorami obudziła nas dopiero przesyłka, która przypłynęła do portu w Anchorage na statku „Peter”. Te kilka zamazanych zdjęć, które dostaliśmy, zmusiło nas do wyciągnięcia z łóżka samego prezydenta Roosevelta. Aby dotrzeć do sali spotkań musiał przyjechać na wózku inwalidzkim (powikłania po polio zaczęły mu się coraz bardziej dawać we znaki) i siedział tam razem z nami, w ciasnej salce wypełnionej papierosowym dymem, gdzie obradowaliśmy do szóstej nad ranem, choć właściwie nie było o czym dyskutować. Byliśmy w potrzasku.
Ale zwierzę w potrzasku nie przestanie się bronić.

Zdobycie Stalingradu wymagałoby poprowadzenia regularnej kampanii wojennej obejmującej niewyobrażalne połacie terenu; opcja, na którą nas najzwyczajniej w świecie nie było stać. Wtedy Eddie – stary, dobry Eddie – znowu wyjechał z jednym ze swoich dziwacznych porównań; zaproponował aby zamiast uderzać jak dzik, podkraść się niczym wąż i ukąsić. John (wtedy siedział obok mnie) zaciągnął się papierosem i oznajmił, że gdyby wprowadzić kilku wyszkolonych w walce ludzi na teren tajnego ośrodka… może byliby w stanie sabotować prace. Zniszczyć plany, wykraść prototyp… cokolwiek. Franklin Delano Roosevelt pokiwał głową i zgodził się na wszystko, pal licho rozciągnięty do granic możliwości budżet…
21 lutego1935 roku zapadła decyzja o utworzeniu wyspecjalizowanego oddziału, mającego za zadanie infiltrację tajnego ośrodka badawczego w mieście Stalingrad, ZSRR.

-1-

Rakieta śnieżna pękła z suchym trzaskiem; wiedział, że jeśli wykona jeszcze jeden niepotrzebny ruch i zapadnie się po pas w śnieg, a w promieniu siedmiu kilometrów nie ma żywej duszy, która by mu mogła przyjść z pomocą. Stał na jednej nodze, drugą podniósł na wysokość pasa; odwiązał połamaną rakietę i obejrzał uważnie. Złamało się ramo, na którym trzymała się siatka rakiety, czyli nie jest jeszcze tak źle… Położył się ostrożnie na śniegu i zaczął pełznąć, niczym wąż, w stronę sań, które przez całą drogę ciągnął za sobą. Miał tam dodatkowe przybory na każdą ewentualność; często tylko dzięki nim udawało mu się przeżyć w śmiertelnie groźnym środowisku Alaski. Ostatnie dni były jednymi z najtrudniejszych; wichura przez ostatnie dni uniemożliwiała choćby wyściubienie nosa z chatki, a co dopiero podróż do najbliższego miasta, Nuqvuut, po zapasy. Sytuacja stała się tak zła, że był zmuszony zjeść własne psy; dlatego teraz musiał sam ciągnąć swoje sanie.
Doczołgał się do sań i wyjął dodatkowe ramo, szarpnął ręką w dziwnym geście i z kieszeni w rękawie wyskoczył nóż; ten fortel nieraz uratował mu już życie. Nadzwyczaj sprawnie (mimo grubych i nieporęcznych rękawic) odciął kawałek siatki, nawlókł ją na ramo i pewnie stanął na śniegu. Kolejny raz jego umiejętności przeżycia nie zawiodły go.

***

Nuqvuut, w porównaniu do reszty mieścin w okolicy, najbardziej z nich wszystkich zasługiwało na miano miasta; między innymi tutaj przebiegała linia kolejowa prowadząca do Anchorage. Wprawdzie była to najbardziej na północ wysunięta stacja stanu, ale Nuqvuut było podłączone do krwiobiegu transportowego solidną tętnicą. Mała stacja przeładunkowa, niewielki peron, stałe zatrudnienie, dobrze zaopatrzony sklep – niewiele więcej potrzeba było temu małemu miasteczku.
Jimmy handlarz chętnie kupił jego futra; traper dostał za nie dobrą cenę. Cieszył się, bo wiedział, że starczy na prowiant, narzędzia i dobre psy. Jego samopoczucie było tak dobre, że postanowił nieco zaryzykować (w jego mniemaniu było to ryzyko) i kupić w barze Sama butelkę whisky, by umilić sobie długie wieczory w chacie, gdy śnieżyca nie pozwalała wyjść na zewnątrz. Ta decyzja miała na zawsze odmienić jego życie.

Przy największym stoliku w barze Sama usadowiło się siedmiu ludzi; po identycznych płaszczach poznał, że podróżują oni razem. Obcy, jak od razu zaklasyfikował ich w myślach; zziębnięci, nieprzyzwyczajeni do surowych warunków północy Stanów, narzekali na niewygody i rozgrzewali się kolejnymi łykami alkoholu. Szybko przeleciał wzrokiem po ich twarzach, niepewny zachowania obcych; był nawykłym do polowań traperem i nauczył się nie ufać ludziom.
– Hej, kmiocie, co się gapisz? – podpity osiłek w równo skrojonym beżowym płaszczu (mundurowy?) zwrócił na trapera uwagę. – No mówię do ciebie!
– Daj spokój. – Siedzący obok niego mężczyzna w okularach położył mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście i spojrzał przepraszająco na trapera. Ten w odpowiedzi skinął potakująco głową i podszedł do baru, choć wiedział, że nadal śledzą go nienawistne oczy osiłka. „Nie przypadłem mu do gustu”, pomyślał i wzruszył ramionami.
Wskazał barmanowi, staremu Samowi, który jeszcze w XIX wieku jako młody chłopak kładł belki pod tory kolejowe na tej stacji, jedną z butelek, które stały na kontuarze przy ścianie; zrozumieli się bez słowa.
– Może byś się odezwał do pana gospodarza? – osiłek nie dawał za wygraną. – Języka w gębie zapomniałeś!?
– Przepraszam za niego, jesteśmy z daleka, podróż daje nam się we znaki… – ten w okularach starał się przepraszać trapera i równocześnie utrzymać swojego towarzysza na krześle.
– Jasne, kurwa, że z daleka! Z Waszyngtonu! Moja żona jest w siódmym miesiącu ciąży, a ja musiałem jechać na to zadupie, bo ktoś nie pamiętał, żeby zapytać…
– Zamknij się, ładnie cię proszę…
– …durnego marynarza od kogo dostał paczkę! Eeech, pieprzony świat… – osiłek przygarbił się nad swoim kieliszkiem, zamknął się w swoim świecie.
Traper wziął butelkę zawiniętą w szarą, papierową torbę i ruszył w kierunku wyjścia. Kiedy przechodził obok stolika gości w jednakowych płaszczach, osiłek wybuchł:
– A mój urlop!?
Przy okazji tak nieszczęśliwie odchylił głowę, że wytrącił traperowi butelkę z ręki; ta rozbiła się na drewnianej podłodze, spośród kawałków mokrego papieru torby wystawały ostre odłamki szkła. Traper patrzył przez chwilę w milczeniu, po czym odezwał się głosem twardym i mocnym, głosem, który przykuł uwagę wszystkich:
– Musisz mi zwrócić za tę whisky.
– Ja nic nie muszę! – osiłek wiedział, że to jego wina, ale nawet na trzeźwo nie nawykł do łatwego ulegania woli innych ludzi; teraz obudził się w nim gwałtowny sprzeciw. – Spadaj, kmiocie.
– Powiedziałem, że masz mi zwrócić moją własność. – Ciężkie słowa padały w ciszę, jaka zapadła w pomieszczeniu, niczym żelazne sztaby w świeży śnieg. Traper położył rękę na ramieniu siedzącego mężczyzny. Osiłek pokiwał parę razy głową i błyskawicznie chwycił ramię trapera, wstał i przerzucił go przez siebie wprost na stół.
I stała się rzecz przedziwna; traper wygiął się w powietrzu niczym pająk i zamiast ciężko uderzyć plecami o blat, wylądował na własnych nogach. Wykręcił się w bok i wyszarpnął z silnego uścisku; stanął wyprostowany i kopnął w twarz napastnika butem z twardej, wyprawionej skóry. Ten wywrócił się w tył razem z krzesłem; z jego nosa buchnęła mała fontanna krwi.
Tymczasem jego towarzysze podróży wstali; kątem oka zauważył, że ten w okularach cofa się w tył i opiera o ladę. Pozostałych pięciu już stało; działali zespołowo, czterech odsunęło się nieco, a piąty kopnął w stół od spodu, starając się go wywrócić. Traper odbił się zręcznie od balansującej powierzchni i całym impetem swojego ciała wpadł na tego, który kopnął, uderzając swoją głową w jego twarz, tym samym go nokautując. Czterech atakujących natarło na niego równocześnie.

Frank Simmons, dowódca grupy specjalnej mającej za zadanie zbadanie źródła pochodzenia tajnej przesyłki, która przybyła na statku „Peter”, przyglądał się z niedowierzaniem, jak jakiś przypadkowy człowiek powala jego najlepszych ludzi, jakby to były wbite w ziemię paliki. Ten człowiek, ten… dzikus! powalił Johnsona ciosem „na byka”, po czym wygiął się w tył i walnął łokciem w nos zakradającego się do niego od tyłu Mike’a; kopniakiem z półobrotu znokautował Francisa, trafiając go w skroń. W końcu Simmons oprzytomniał i podjął krok, na który żaden z podwładnych się jeszcze nie zdecydował.
– Ręce do góry. Właśnie mierzę do ciebie z pistoletu. – Spokojnie oznajmił Frank, gdyż doskonale wiedział, że nabuzowany adrenaliną człowiek może rzucić się na niego nawet w takiej sytuacji. – Teraz wyjdziemy stąd razem. Idź przodem.
– Frank! – Krzyknął jego ostatni stojący na nogach kolega, przysadzisty Mark O’Hara. – I tak już jest burdel, co chcesz zrobić!?
– Ocuć pozostałych, ruszajcie do Anchorage.
– A ty?
– Ja mam ważniejszą sprawę na głowie… wracam do Waszyngtonu.
– Co!?
– To, co słyszałeś! – Warknął Simmons. – Dupa w troki i do roboty. Za pół godziny przyjeżdża wasz pociąg, a mój będzie tu za dziesięć minut.
Mark tylko pokręcił głową. Rozkaz był rozkazem.

-2-

Wtedy zobaczyłem go po raz pierwszy w akcji. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś przypadkowy w pojedynkę rozłożył czterech ludzi naraz, w dodatku takich ludzi, którym bójki – i zwycięstwa w nich – były nieobce. Dotarło do mnie, że może to jest człowiek, którego szukamy – ktoś, kto przejdzie zakrojony na szeroką skalę trening i będzie zdolny wypełnić nasze zadanie. Pamiętam z konferencji jedno z niewielu zdań, które wypowiedział Roosevelt: „czy mamy odpowiednich ludzi?” „Jeszcze nie, panie prezydencie, jesteśmy w trakcie poszukiwań.” Gówno, nie poszukiwania, wszyscy przekopywali się przez stosy raportów i nie znajdowali nikogo, komu mogliby powierzyć tak trudne i tak ważne zadanie. A ja widziałem jego ruchy, kiedy kąsał niczym wąż, wyślizgiwał się moim chłopcom – jakby był do tego urodzony.
Pamiętam, gdy wyszliśmy z tego baru na zadupiu, trzymałem go na muszce i bałem się jak jasna cholera. Miałem kilka minut żeby go namówić na porzucenie całego swojego dotychczasowego życia ale – do cholery! – wiedziałem, że się zgodzi, po prostu wiedziałem. Trzymałem go na muszce i proponowałem mu pracę, wyobrażacie sobie!? „Proszę pana, pana niezwykła sprawność sprawiła, że chętnie widziałbym pana wśród nas; oferuję panu pracę.” „Kim jesteś? I dla kogo miałbym pracować?” „Reprezentuję służby rządowe.” I w tym momencie opuściłem broń. „Pracowałby pan na rzecz wszystkich, na rzecz kraju.” Pomyślał chwilę i wiecie, co odpowiedział? „Niech któryś z chłopaków od Sama zaopiekuje się moimi saniami i chatą.” Tak po prostu. Nie wiem do dzisiaj dlaczego to zrobił; może wyczerpał już wszystkie testy, jakie miała dla niego Alaska i chciał poszukać nowych wyzwań, a może chodziło o coś zupełnie innego. W każdym bądź razie wsiedliśmy o 16:47 do pociągu i trzy dni później już byliśmy w samolocie do Waszyngtonu. Niewiele rozmawialiśmy podczas tej podróży, prawie w ogóle. Na imię miał David.

***

Zawsze chciał zobaczyć świat, coś więcej ponad biel śniegu i szkarłat krwi upolowanych zwierząt. Dlatego praktycznie się nie wahał, gdy szansa sama do niego przyszła; zresztą uważał, że w każdej chwili będzie mógł wrócić i wszystko odbudować. Ten człowiek, Frank Simmons, wzbudził w Davidzie zaufanie; właśnie przelatywali nad wielkim miastem, większym, niż David kiedykolwiek widział. Frank podsunął mu szklankę świeżej wody; traper z Alaski wypił ją jednym haustem, z wrażenia wyschło mu gardło. Gapił się na przelatujący krajobraz, ale coraz trudniej mu było się skupić, powieki stawały się coraz cięższe…gdzieś w głębi umysłu się przeraził, bo zawsze mógł opanować senność, gdy tego chciał… teraz nie był w stanie, głowa łagodnie opadła na oparcie fotela; spał.
– No, nasz pacjent uśpiony, panie generale – przekazał przez radio Simmons. Odpowiedziały mu szumy, które mógł zrozumieć tylko ktoś, kto stał bardzo blisko głośnika. – Oj, nie wątpię, panie generale. Jeszcze pana zaskoczy… jest szybki jak wąż i tak samo potrafi kąsać. Obiecuję to panu, panie generale.

***

David obudził się w małej, zimnej sali; miał na sobie tylko szerokie, bawełniane spodnie. Obcy sufit, obce ściany, wszystko metalowe, bezduszne. Rozejrzał się szybko; drewniany stolik, na nim lampa; no i kozetka, na której leżał. Wstał powoli i podszedł do drzwi; zanim je otworzył, wyjrzał przez dziurkę od klucza. Za drzwiami stał strażnik, widział kawałek jego łokcia, zieleń munduru. Ułamek sekundy wystarczył na podjęcie decyzji; chwycił lampę ze stolika i cisnął ją na naprzeciwległą drzwiom ścianę. Zaczaił się przy ścianie i gdy strażnik wszedł, David kopnął mocno w drzwi, które uderzyły żołnierza. Doskoczył i wyrwał mu broń, lecz zaraz ją odłożył; nawet nie potrafił się tym modelem karabinu posługiwać. Szybko uderzył kantem dłoni w bok szyi przeciwnika, powodując zwiotczenie mięśni i tym samym odcinając mu dopływ tlenu i w rezultacie pozbawiając przytomności. Wykorzystał przewód od rozbitej lampy do skrępowania strażnika i ułożył go na kozetce; sam wziął karabin (przeciwnik niekoniecznie musi wiedzieć, że David nie umie się nim posługiwać) i wyszedł na korytarz.
Szedł powoli, tuż przy ścianie; gdy tylko najmniejszy hałas mącił ciszę, natychmiast przystawał i nasłuchiwał. Układ korytarzy nie był zbyt przejrzysty, ale czuł instynktownie, że zmierza ku wyjściu. Udało mu się uniknąć kilku patroli, składających się z par żołnierzy; może i miałby szansę z nimi w walce wręcz, ale wolał nie ryzykować. Niepowstrzymanie dążył do celu; podświadomie bał się, że ubrany tylko w spodnie po wyjściu na zewnątrz zamarznie, choć ciągle przekonywał umysł, że ostatnie, co widział, to skąpane w wiosennym słońcu miasto, bez śladu śniegu. Zręcznie prześlizgując się między patrolami dotarł w końcu do wyjścia tego potężnego kompleksu korytarzy; nad wielkimi drzwiami jarzył się mdłym światłem napis „EXIT”. Zapukał w ścianę i ukrył się za rogiem czekając, czy wyjdzie jakiś strażnik i rzeczywiście, ostrożnie wyglądając zza rogu dostrzegł cień ludzkiej sylwetki… kobiecej sylwetki. Odziana była równie lekko, co on; koszula z krótkim rękawem i zgrzebne spodnie. Również ostrożnie się skradała… David podziwiał grację jej ruchów, ciało przytulające się do ściany; tak, podziwiał ją i w tym momencie się równocześnie jej przestraszył; na chwilę przed jego oczyma ukazał się wąż, gotujący się do skoku i zadania śmiertelnego ukąszenia. Ale nie, po chwili znowu widział ją, z włosami upiętymi w kok, skradającą się do drzwi… ona również je popchnęła niepewnie i David już wiedział; ona jest w tej samej sytuacji co i on. Wyszedł zza rogu korytarza, rozłożył ręce aby udowodnić, że nie ma wrogich zamiarów.
– Jesteśmy razem w tym gównie. – Kobieta odskoczyła; David kompletnie ją zaskoczył. Przybrała postawę bojową.
– Kim jesteś!?
– To nieistotne. Będziemy walczyć, czy współpracować? – Widział, że kobieta waha się przez chwilę, ale widać uznała, że nie ma wielkiego wyboru.
– Współpraca. Anna.
– David.

Przeszli razem przez drzwi; za nimi krył się krótki, wyłożony gęstym dywanem (miast zimnych kafelek) i prowadzący do kolejnych drzwi. David przylgnął do nich i chwilę nasłuchiwał; kiwnął głową swojej nowej towarzyszce broni; czuł, że ktoś stoi nieruchomo przed drzwiami. Był tylko jeden sposób by podążyć w dalszą drogę; David podał karabin Annie (potrafiła się nim posługiwać), kobieta ustawiła się za nim. David potężnym kopniakiem wyłamał drzwi, Anna zza jego pleców wycelowała w człowieka za drzwiami.
– Nie ruszaj się!!!
Człowiek stał za grubą szybą. Miał na sobie mundur generała. Klaskał.
– Brawo! Nie dość, że dotarliście tutaj praktycznie niezauważeni, to przy pierwszym spotkaniu stworzyliście zespół… Tak, to był test.
– To znaczy… – zaczął David.
– Tak, teraz już wiem – a ja tu decyduję – że dobrze przysłużycie się dla kraju… Choć najpierw musicie przejść prawdziwy trening, obydwoje. Aha… zapomnijcie swoje imiona. Od tej pory reagujesz na pseudonim „Snake”, a ty – zwrócił się do Anny – na „Cobra”. Snake, Cobra, zrozumiano!?
– Tak jest! – odpowiedzieli chórem. Czuli satysfakcję z tego, że ktoś nareszcie dostrzegł i docenił ich zdolności; byli gotowi i zdeterminowani do dalszych wyzwań. Dlatego przeżyli dzisiejszy dzień jako jedyni z dwunastki potencjalnych rekrutów.

-3-

Pamiętam, z jakim zaaferowaniem generał Cromway opowiadał o ich umiejętnościach; był bardzo blisko nawet udzielenia mi pochwały, ale to jednak nigdy się nie zdarzyło. Osobiście układał trening dla dwójki rekrutów; dla Snake’a trening z bronią palną, na Cobry walka wręcz; dla obydwojga: praca w zespole, choć gdy obserwowałem ich zza ramienia generała, na specjalnie dla nich przygotowanym poligonie, wydawali rozumieć się bez słów. To było coś niesamowitego i nawet coś w rodzaju nadziei zagościło w sercach naszej ekipy; jeśli komukolwiek miała się udać infiltracja stalingradzkiego ośrodka naukowego, to tylko im.
Gen. Cromway zaangażował w ten projekt wszystkie swoje siły; osobiście przeglądał wszystkie raporty, planował, analizował. W 1938 złożył wniosek o przyznanie budżetu na projekt specjalny i dostał go! W krótkim tempie powstała gigantyczna hala a w niej makieta fragmentu miasta Stalingrad, a konkretnie Placu 9 Stycznia, gdzie według naszych informacji w podziemiach jednego z domostw znajdowało się wejście do ośrodka badawczego nad tą nieludzką bronią. I trenowali, wchodzili w przebraniach do budynku, my i reszta personelu często robiliśmy za statystów, aby nie poszerzać kręgu wtajemniczonych. Ale to wszystko i tak było mydleniem oczu, bo tak naprawdę nikt z nas nie wiedział, jakie przeszkody napotka na samej drodze prowadzącej do hangaru z TYM; dlatego tak wielki nacisk generał Cromway kładł na umiejętność improwizacji i zdolności przeżycia.
W ferworze przygotowań przegapiliśmy jeden szczegół; szczegół nazywał się Adolf Hitler. W krótkim czasie zajął Polskę, a my drżeliśmy ze strachu, co zrobi Stalin, czy jego tajna broń jest już gotowa i czy zdecyduje się jej użyć. Kiedy okazało się, że pakt Ribbentrop-Mołotow (a zwłaszcza jego dodatkowy, tajny protokół) jest mimo wszystko w mocy, autentycznie odetchnęliśmy z ulgą. Owszem, rozpętała się w Europie największa do tej pory wojna, ale… ale przynajmniej bez użycia TEGO. To oznaczało, że jest jeszcze dla nas szansa… Tak, Snake i Cobra nadal mogli przeniknąć do Stalingradu, uzyskać pomoc profesora Ptuszki i choćby wykraść plany, abyśmy i mieli to, co Stalin, aby była zachowana równowaga. Ale w swojej naiwności czekaliśmy na uspokojenie ruchów po stronie Hitlera… to był nasz największy błąd.
Czy to Abhwera, czy Gestapo dowodzone wtedy przez Heinricha Mullera, obojętne kto, naziści wiedzieli więcej od nas. Widocznie któryś z wczesnych komunikatów o superbroni (czyżby to miała być zapowiadana Wunderwaffe…?) tak rozpalił chciwość Hitlera, że zachciało mu się utworzyć kolejny, gigantyczny front… 22 czerwca 1941 roku III Rzesza zaatakowała ZSRR, a my posraliśmy się w gacie ze strachu i w końcu zaczęliśmy końcową fazę naszej operacji, polegającą na zbieraniu materiałów dodatkowych i szlifowaniu planu przerzutu, z terminem docelowym transportu agentów wyznaczonym na 31 lipca. Wszystko wzięło w łeb, gdy Hitler – odrzucony spod Moskwy, zatrzymany w Leningradzie – zdecydował się wyciągnąć swoje ramię bezpośrednio w swój (jak przypuszczaliśmy) cel i chwycić serce, Stalingrad, bezpośrednio w swoją garść utworzoną z 6. armii pod dowództwem generała Paulusa. Specjalny model samolotu do tak długiego przelotu i zrzucenia agentów został zezłomowany – wystarczyło dyskretnie dostarczyć Snake’a i Cobrę do Władywostoku, gdzie do wojska wcielano hurtowo (w końcu trwała Wielka Wojna Ojczyźniana) i na teren walk o miasto Stalingrad para najlepszych żołnierzy, jakich kiedykolwiek widziały me oczy, dotarła albo trzydziestego listopada, albo pierwszego grudnia, nie jestem pewien; wiem tylko, że ostatnia wiadomość od naszego informatora nadeszła drugiego grudnia i brzmiała „przekazałem”, w domyśle – pełny plan aktualnej sytuacji w Stalingradzie. Bo sami praktycznie nic nie wiedzieliśmy, co się dzieje w tym piekle.

***

Puste, przerażone oczy dzieci. Snake wiedział, że większość z nich zginie w pierwszym starciu; może nawet wszyscy oprócz niego. Tak, Snake wiedział, że nie zginie; głównie dlatego, że pchanie się w jakąkolwiek otwartą walkę nie wchodzi w grę.
Pierwszym punktem misji będzie odnalezienie profesora Ptuszki, drugim i ostatnim – infiltracja ośrodka z tajną bronią. Cel opcjonalny – połączyć siły i utworzyć zespół z agentem Cobra. Snake wiedział, że Cobra w mundurze żołnierki została oddelegowana do obsługi dział przeciwlotniczych, mających za zadanie strącać samoloty transportujące zaopatrzenie dla 6. armii zamkniętej w kotle przez wojska radzieckie; musiał się śpieszyć, gdyż na 8 grudnia zaplanowano uderzenie mające rozbić 6. armię i uniemożliwić im operację odblokowującą. Ostrzał z katiuszy nie był tym, pod co chciał się dostać; musiał załatwić sprawę w miarę szybko.
Nawet ta pieprzona makieta była nieaktualna; w pierwszym dniu bombardowań zginęło czterdzieści tysięcy ludzi. Całe miasto było jednym, wielkim gruzowiskiem. A Snake musiał dotrzeć na plac 9 stycznia i przeszukiwać piwnice, aż znajdzie Ptuszkę… No i trzeba przyznać, że ten dzieciak, agent, zdrowo go nastraszył.

***

Snake wysiadł z wagonu na Dworcu Południowym; musiał teraz wyrwać się spod czujnego oka enkawudzisty. Wiedział, że oficer polityczny uważnie go obserwuje; Snake wyróżniał się spośród grupy młodych rekrutów, choćby tym, że nie przeżył szoku, gdy znalazł się wśród stalingradzkiego rumowiska. A przynajmniej tego tak nie okazywał, jak inni. Poklepał się po kieszeniach i znalazł przemyconego sobie tylko znanym sposobem papierosa; zapalił go i ruszył za załom zniszczonego muru; enkawudzista szybkim krokiem ruszył za nim. Tam Snake szybkim ciosem w szyję pozbawił go przytomności.

Szedł dalej, klucząc między odłamkami ścian, pilnie się rozglądając; miał tylko ogólne dyrektywy do miejsca spotkania agenta, a otoczenie mocno się zmieniło od tego czasu; nie wiedział nawet, czy miejsce, do którego zdąża, jeszcze istnieje. Obserwując groteskowo podziurawione mury zastanawiał się, co właściwie tu robi, on, dumny syn Stanów Zjednoczonych, który chce bronić ładu na świecie. Przekradając się między rumowiskami widział gdzieniegdzie ślady dawnych potyczek; posiniałe ciała młodych ludzi, zarówno po stronie radzieckiej, jak i żołnierze 6. armii. Tak, przekonał się, że dumne hasła o obronie porządku na świecie są tylko hasłami; mieszkając na bezpiecznym terytorium, w głębi Stanów Zjednoczonych, nie zdawał sobie sprawy, jakie piekło dzieje się tutaj, w Stalingradzie. Wprawdzie nie przybył tu walczyć, czuł się niejako ponad starciem sił, które tutaj się ścierały – ale nie był w stanie przejść obok tego obojętnie. Nikt nie mógł.
Dotarł do zgliszczy budynku, schylił się i otarł dłonią śnieg z tablicy; tak, to był właściwy adres. Gwizdnął w umówiony sposób (nadal był w mundurze Armii Czerwonej) i na jego spotkanie wyszedł mały, wychudzony chłopak; drżącym głosem przekazał mu, że tatuś nie żyje, ale kazał przekazać to – i wysunął przed siebie teczkę. Snake odebrał ją, ale nie mógł iść dalej; nie mógł tak zostawić tego chłopca. Musiał. Odszedł szybkim krokiem, nie odwracając się za siebie, zostawiając tego małego agenta samemu sobie… nie po to tu przybył. To nie tak miało być…

Znalazł jakiś w miarę cały i solidnie wyglądający, opuszczony budynek; skrył się pod ścianą, tuż nad oknem, aby złapać resztę promieni zachodzącego słońca. Otworzył teczkę i zaczął czytać dokumenty, które tam znalazł.
Zespół badawczy został ewakuowany łodziami w pierwszych dniach bombardowania; według relacji świadków ich łódź została trafiona i zatonęła. Profesor Ptuszko spóźnił się na ewakuację i, paradoksalnie, ocalał; został ukryty przez policję polityczną w jednym z domów przy Placu 9 Stycznia, ale gdy sytuacja w mieście ulegała pogorszeniu dla sił radzieckich – wszyscy oficerowie NKWD się wycofali, pozostawiając jednego jedynego żołnierza na straży profesora.
– Niedobrze – powiedział do siebie Snake. – Spodziewają się gości… – plan o całkowitym zaskoczeniu również się nie udał, Rosjanie wiedzieli, że ktoś oprócz 6. armii zasadza się na tajny ośrodek badawczy… może nawet i zwykli dowódcy oddziałów byli wtajemniczeni? Ten strażnik profesora, jak stało w raporcie, nie przepuści nikogo, kto nie zna tajnego hasła i nieważne, jaki mundur nosi – zostanie „zdjęty”. Snake wczytał się uważnie w raport; zostało użyte słowo „zdjęty”. Zastanowił się chwilę, po czym wzruszył ramionami i przeszedł do części raportu opowiadającej o siłach niemieckich. I dopiero teraz Snake naprawdę poczuł się niepewnie.
W ślad za 6. armią – jak wynikało z tajnych dokumentów, przechwyconych z zestrzelonego niemieckiego samolotu – podążać miał oddział „Gespenst”, złożony z najlepiej wyszkolonych żołnierzy różnych profesji, jacy kiedykolwiek pracowali na rzecz niemieckiej machiny wojennej.
„Helmut Krugl, pseudonim „Der Riese”; mierzący dwa i pół metra wzrostu olbrzym, reprezentował III Rzeszę na olimpiadzie w Berlinie, zdobywając medale we wszystkich konkurencjach zapaśniczych; człowiek opętany przez nazistowską ideologię, maniakalnie wierzący w kult czystości rasy aryjskiej i siły własnego ciała; wedle krążących wśród oddziałów Armii Czerwonej plotek od Riese odbijają się kule, ale nie sądzę, by moglibyśmy dawać wiarę tym bajkom.” Zdjęcie doczepione spinaczem do dokumentu przedstawiało potężnie umięśnionego blondyna o dumnym spojrzeniu; Snake wziął następną kartkę, lecz kolejnego zdjęcia nie znalazł.
„Właściwie znamy tylko jego imię, Vlad; nie figuruje w spisie żołnierzy armii niemieckiej ani kawalerii rumuńskiej, z którą przybył. Proszę mi wybaczyć przytaczanie absurdalnych pogłosek, ale podobno jest półwampirem, żywiącym się końską krwią; odporny na zimno, co zdaje się być prawdą, gdyż widziano go chodzącego bez koszuli, czasem narzuca na ramiona długi płaszcz rumuńskich oddziałów. Podobno nieludzko szybki, nocami można usłyszeć jego krzyki wśród ruin miasta; nic więcej ponad te fantastyczne plotki nie udało mi się o nim dowiedzieć.”
Zdjęcie doczepione do kolejnej pożółkłej kartki raportu przedstawiało niskiego mężczyznę w okularach, noszącego czarny kapelusz. „Konrad Borkowski, jedyny Polak służący w gestapo, z powodu swojej narodowości pogardliwie przezywany „Gestapolnisch”. Na jednym ramieniu nosi przepaskę ze swastyką, na drugim z gwiazdą Dawida, którą zakładano Żydom wysyłanym do obozów pracy; prawdopodobnie dlatego, że jego matka jest żydówką. Gestapolnisch jest mistrzem tortur i kamuflażu; zawsze porusza się w długim, czarnym płaszczu, kojarzonym z gestapo. Znowu muszę odwołać się do niedorzecznych plotek, choćby po to, aby dać rozeznanie, jak żołnierze z „Gespenst” są postrzegani; podobno Gestapolnisch czai się na strychach zrujnowanych domów i sfruwa na żołnierzy niczym nietoperz, a potem porywa w górę; rozmawiałem z szeregowym, który zarzekał się, że to prawda, że widział to na własne oczy. Podobno poluje głównie na poruszających się samotnie snajperów.”
Na ostatniej kartce było tylko kilka linijek tekstu raportu o kimś zwanym „Vorstand”. Zdjęcia brak. „Szef oddziału „Gespenst”, nieobecny do tej pory na polu walki; wkrótce ma się pojawić w Stalingradzie; podobno (znowu muszę opierać się na pogłoskach) jest wszechstronnie wyszkolonym żołnierzem, wyczekiwanym z niemal nabożną czcią; niektórzy wierzą, że gdy Vorstand przybędzie, Stalingrad będzie zdobyty. Jedyne co mogę doradzić, to ostrożność.”
– Piękne dzięki – mruknął Snake. Miał mętlik w głowie, ilość nowych i niezwykłych informacji była dla niego bardzo duża, jednak nie było chwili na wypoczynek. Chciał odnaleźć miejsce pobytu profesora jeszcze przed zmrokiem. Ruszył w kierunku Placu 9 Stycznia, starając się dopasować szkielety domów do zdjęć, które oglądał jeszcze w bazie w USA, aby odnaleźć właściwą drogę.

-4-

Dzisiaj w wołgogradzkim muzeum znajduje się autentyczna broń i zdjęcie legendarnego sierżanta Wasilija Zajcewa, myśliwego syberyjskiego, który – wedle słów oficjalnej propagandy – zainicjował ruch snajperski przeciwko armii hitlerowskiej. Prawda brzmi nieco inaczej; Zajcew był najbardziej utalentowanym uczniem pierwszego snajpera w historii pól bitwy. Jego prawdziwe imię zostało starannie zatarte w wyniku naprawdę dużego nakładu sił KGB, ale kto się z nim spotkał, ten wiedział, że to właśnie on jest najlepszy. Urodził się w latach sześćdziesiątych XIX wieku, a pocisk wystrzelony z jego broni dla każdego oznaczał koniec drogi.

***

Snake długo kluczył pośród ruin; miało to jednak też swoją dobrą stronę – w licznych zakamarkach gruzowiska wysłannik rządu USA mógł znaleźć schronienie przed oczami wrogich żołnierzy. Zastanawiał się nad porzuceniem munduru czerwonoarmisty, ale uznał, że może za jego pomocą oszukać wartownika strzegącego profesora Ptuszki. A przynajmniej spróbuje.
Od dłuższego czasu już nie musiał się ukrywać przed patrolami żołnierzy obu wrogich armii; właściwie teren na i wokół placu był martwy. I to dosłownie. Na samym środku, jak i u wylotu każdej z ulic leżało po kilkanaście ciał, obu armii (choć zdecydowanie przeważały stalowoszare mundury niemieckie), każde z dziurą po kuli w głowie. Snajper. Snake błyskawicznie przypadł do ziemi, chowając się za stertą ciał; usłyszał jeszcze tylko wizg kuli przecinającej powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą stał.
– Nie jestem wrogiem! – krzyknął do kogoś, kogo nie mógł zobaczyć. – Słyszysz mnie!?
– Może jestem już stary, ale słuch mam dobry! – Odpowiedział mu głos, którego właściciel najprawdopodobniej ma już ósmy krzyżyk na karku. – Wzrok też, zapewniam cię!
– Nie jestem twoim wrogiem, powtarzam!
– Ja twoim też nie! Po prostu wykonuję mój obowiązek, tak jak i ty, zapewne.
Echo odbijało się od martwych domów centrum Stalingradu; Snake nie mógł odgadnąć, gdzie znajduje się stary snajper. Sięgnął po karabin należący do martwego czerwonoarmisty (musiał go wyrwać ze sztywnej dłoni) i właśnie szukał strzelca, wyglądając zza ramienia zastrzelonego niemieckiego żołnierza.
– Kim jesteś!? – ponownie zawołał Snake licząc, że tym razem będzie w stanie namierzyć wroga po źródle głosu, mniej więcej wyczuwał kierunek. Ale tym razem głos doszedł z kompletnie innej części placu:
– Jestem twoim końcem, jak się zapewne domyślasz! Dlatego nazywają mnie The End! Kaniec! Die Ende! Sam car Mikołaj Drugi, niech bogowie czuwają nad jego duszą, mnie odznaczał, tak jak ostatnio Stalin! I pamiętaj, jeszcze zatańczę na ich grobach, i Stalina, ale najpierw na twoim! – podczas całej tej przemowy źródło głosu cały czas się przemieszczało, Snake wodził celownikiem po budynkach, ale nie dostrzegł żadnego śladu ruchu. Wiedział, że musi zmienić pozycję, inaczej nie ma szans na pokonanie The Enda. Tylko czy będzie wystarczająco szybki? Nie było czasu na zastanowienie się. Odturlał się w bok od sterty ciał i przylgnął do muru. Wodził wzrokiem po martwych, czarnych oknach budynków (dostrzegał pomosty między najwyższymi kondygnacjami, już wiedział jak The End przemieszcza się tak szybko), ale przeciwnik pozostawał dla niego nieuchwytny.
Wejście na teren placu dałoby mu dużo lepszą widoczność, ale też praktycznie pewną śmierć. Snake uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie walka wewnątrz zrujnowanych budynków; wszystko będzie lepsze od otwartej przestrzeni, jaką stanowił plac.
Przytulony do ściany, zdołał dotrzeć za róg i odszukał wejście do budynku; starając się nie narobić zbytniego hałasu, wszedł po ocalałych schodach na pierwsze piętro. Obawiał się, że The End go usłyszy i szybko się tu zjawi, ale na razie nic takiego się nie zdarzyło. Położył się na posadzce i zaczął się czołgać w kierunku najbliższych desek opartych o rozbity mur, stanowiących pomost dla snajpera. Wiedział, że teraz nadeszła naprawdę trudna część zadania; musiał przebiec na drugą stronę, będąc wtedy wystawiony snajperowi jak na tacy. Nie miał też pewności, czy The End przypadkiem nie czyha już na niego w ruinach kolejnego budynku… Chwycił leżący nieopodal kamień i rzucił przed siebie. Kamień rozsypał się w kupę pyłu; snajper trafił go w locie! Ale nie było czasu na podziwianie tego wyczynu, Snake błyskawicznie wstał i rzucił się szczupakiem ponad rozłożoną na wysokości drugiego piętra deską; nie miał czasu się nawet zastanowić, ile czasu snajperowi zajmie przeładowanie swojej broni. Pocisk zrykoszetował o załom muru, za którym w ostatniej chwili zdążył się schronić Snake. Był już nieco bliżej celu, ale nadal był to dość spory dystans od właściwego budynku. Czołgając się i unikając okien i dziur w ścianach dotarł do kolejnej deski-pomostu. Wiedział, że sztuczka z kamieniem nie uda się po raz drugi, ale spróbował mimo wszystko; miał rację, kamień po chwili stuknął o posadzkę kolejnego domu, nikt nie próbował strzelać. Myśliwy uczy się forteli swojej zwierzyny… tak myślał Snake. Musiał w jakiś sposób zmusić snajpera do oddania niepotrzebnego strzału i jeszcze zdążyć przebiec wyznaczoną trasę, zanim ten przeładuje broń; tak, to był jedyny sposób. Ściągnął swój mundur czerwonoarmisty; na szczęście specjalny kombinezon, w który został wyposażony, doskonale chronił go przed zimnem niż regularny ubiór szeregowca armii radzieckiej. Odszukał wśród gruzu ułamany kawałek belki stropowej i zatknął na nim kołnierz munduru. Zbliżył się do deski na tyle, na ile mógł, bez wystawiania się na widok przeciwnika; pociągnął do góry kawałek belki i w oknie ukazał się kawałek ciemnobrązowego materiału, który ułamek sekundy później został przeszyty przez pocisk, ale Snake już pędził po desce do kolejnego budynku. Jak na razie w tym pojedynku na refleks, wygrywał. Gorzej, że najprawdopodobniej skończyły mu się fortele, a jeszcze kilka budynków było przed nim.

Zarówno rzucane kamienie, jak i próby poruszania różnymi przedmiotami przed oknem – belkami, kartkami papieru, nawet znalezionym wśród ruin hełmem – nie dały rezultatu. Snake oparł się, utrudzony, o kawałek muru, który kiedyś był ścianą tego domu; odetchnął ciężko. Potrzebował chwili namysłu; wspomniał Cobrę, ich wspólne ćwiczenia, gdy pokazywała mu jak celować z karabinu. Cobra pochodziła z południowo-wschodniej części kraju, z Maine, gdzie często wybierała się na polowanie ze swoim ojcem do potężnych lasów, porastających ten stan USA. Wiedziała, jak obchodzić się z bardziej zaawansowaną bronią palną; kiedyś, gdy trenował strzelanie do ruchomego celu, powiedziała mu tym swoim surowym głosem z twardym, dość niezwykłym akcentem: „patrzysz, a nie widzisz”. „Co to ma znaczyć?” „Sam odgadnij” – i wskazała na tarcze poruszające się po pasie zbyt szybko, by mógł je trafić. I wtedy spłynęło na niego olśnienie; pozornie chaotycznie wirujące na stelażach cele poruszały się w ustalonym porządku; trudnym do rozszyfrowania, ale powtarzalnym. Prawie się roześmiał, gdy to odkrył, i z łatwością strącił wszystkie tarcze trafiając za każdym razem.
Zastanowił się, czy nie przeoczył czegoś oczywistego… czegoś, na co patrzył, ale nie widział. Wracał myślami aż do samego początku, do wejścia na uliczkę prowadzącą do placu. Ciała zastrzelonych żołnierzy.

No jasne.

Patrzył, a nie widział; a wszystko rozbijało się o zasięg pola widzenia. W uliczkach, których wyloty były naprzeciwległe do budynku, w którym przetrzymywany był profesor, ciała leżały u samych wlotów na plac, bardzo daleko od aktualnego celu misji Snake’a. Ale widział też ciała bezpośrednio na samym placu i – jak automatycznie zaklasyfikował to w myślach i zapomniał – ci nieszczęśnicy musieli wyjść z bocznych uliczek i dopiero po jakimś czasie znaleźli się w kącie zasięgu strzału. Innymi słowy, snajper cały czas stał w tym samym miejscu i albo stosował jakąś sztuczkę ze zmianą źródła głosu, albo nawet i samo echo odbijające się od wielu ścian zbombardowanych domów powodowało wrażenie, że The End się porusza. Innymi słowy, Snake znalazł się w takim miejscu, gdzie snajper nie mógł go trafić. A jeśli nawet się mylił, to musiał spróbować, bo nie było innej drogi. Wystawił za mur lewą dłoń.

Nic, żadnego strzału, żadnego przeszywającego bólu. Wcześniej za pomocą kawałka szkła sprawdził, jak leżą ciała na placu; uznał, że tutaj snajper go nie powinien dosięgnąć, bo był już częściowo zasłonięty przez inne budynki. Zdecydował się przejść dalej.
Skoczył, w każdej chwili spodziewając się wizgu kuli przeszywającej jego głowę; w końcu ustrzelenie ruchomego celu nie stanowiło dla The Enda żadnej przeszkody. Nic się nie stało, żył dalej. Wstał i bezpiecznie przeszedł do następnego budynku, i do następnego, gdzie znowu przypadł do podłogi. Właśnie był naprzeciw budynku, który stanowił jego cel.

Skradał się, systematycznie zmierzając w kierunku miejsca, gdzie jego zdaniem czaił się snajper… zastanawiał się, czemu nie zmieniał miejsca swojego położenia, po co położył sobie takie wygodne pomosty pomiędzy kondygnacjami, skoro z nich nie korzystał? Wkrótce ta zagadka miała się wyjaśnić, na razie jednak musiał się przedrzeć przez stertę gratów zagradzającą wejście na schody; jakieś stare rowery, pudła, metalowe rurki…

Wyciągnął pistolet i wskoczył na piętro, gdzie jego zdaniem nadal czaił się na niego snajper; był tam.

The End nie mógł wstać, chodzić; leżał przy oknie, na podłodze, ukryty bezpiecznie za kawałkiem szarej szmaty, która skutecznie udawała kawałek ściany. Widać któraś z bomb spadła niebezpiecznie blisko i wyrwała kawałek muru niedaleko miejsca, gdzie się czaił. Jego wózek inwalidzki zamienił się w plątaninę poskręcanych rurek i szprych. I choć wiekowy snajper nie mógł już się poruszać i jego zasięg był ograniczony, to nadal trwał na posterunku i wypełniał swój obowiązek… Gdy tylko Snake oszukał The Enda sztuczką z kamieniem i mundurem, walka była już wtedy wygrana.

– Nie ruszaj się.
– Nie mam zamiaru – starzec uśmiechnął się.
– Dlaczego nie zszedłeś z posterunku? Nie wezwałeś pomocy?
– A czy ktoś by mi przyszedł z pomocą? Może moi towarzysze, czerwonoarmiści? Przecież ich zabijałem, na równi z Niemcami. Jakiej pomocy mógłbym od nich oczekiwać, jak sądzisz? Szybszej śmierci, to chyba najwięcej, na co mógłbym liczyć.
– NKWD?
– Dawno już opuścili tą okolicę… zbyt zajęci zwodzeniem tych z Gespenst, aby ci tu nie przyszli… choć myślałem, że dam im radę, nawet temu Vorstandowi… a przyszedł ktoś obcy, który okazał się szybszy ode mnie… kim właściwie jesteś?
– Nazywaj mnie… Snake.
– Wąż? Pasuje… tak, to pasuje… – odkaszlnął sucho. – Zabijesz mnie? – Zapytał znienacka.
– Profesor… dalej go będziesz bronił przed Gespenst?
– Gdy już wyjawi ci swoją tajemnicę, tak? – The End uśmiechnął się przebiegle. – Wtedy to ja sam sobie mogę wpakować kulkę w łeb, bo już nie będzie po co go chronić…
– Posłuchaj, ja nie pracuję dla Hitlera.
– Nieważne, dla kogo pracujesz… wiem, wykonujesz swój obowiązek… a ja swój. Jestem żołnierzem. Mam ci pozwolić na spotkanie z nim, a potem udawać, że nic się nie stało? Tego ode mnie oczekujesz?
Snake zacisnął usta. Doskonale rozumiał, czym jest obowiązek wobec ojczyzny – właśnie rzucił swoje życie na szalę, by go wypełnić. Nie mógł udzielić starcowi żadnej odpowiedzi na to pytanie.
– Idź. – Powiedział cicho The End. – Idź, nie słyszałeś? I tak to nic nie zmieni… Wiesz? Nic a nic, bo i tak wszyscy jesteśmy tutaj przeklęci, zginiemy w tym piekle z betonu i cegieł… Ja i tak wiem, że nikt nie dostanie tej zabawki, tego… prototypu. Będziecie go sobie wydzierać z rąk, aż w końcu zniszczycie… – Snake nie mógł dalej słuchać tych majaczeń; wycofywał się ostrożnie po schodach, zostawiając The Enda samotnego na jego punkcie obserwacyjnym. W końcu wiedział teraz, że jest sposób, by uciec z Placu 9 Stycznia żywym. – pochłonie was śnieg tej zimy i ogień z katiuszy!!! – słyszał jeszcze z dołu krzyki starca, które ucichły, gdy zamknął nad sobą grubą, stalową klapę osłaniającą wejście do piwnicy, gdzie ukrywał się profesor Wasilij Ptuszko.

– Stój! Ręce do g-góry! Bo b-będę s-strzelał!
Snake pokręcił głową i wypatrzył w ciemnościach lampę naftową, którą zapalił, osłaniając zapałkę dłonią.
– Jeśli już, to wypadałoby odbezpieczyć tego lugera, profesorze. Jestem Snake, wysłannik rządu Stanów Zjednoczonych. Przyszedłem tu po informacje dotyczące…
– Wiem, wiem… jak to się będzie po waszemu nazywać… Metal Gear? – profesor wymówił tą nazwę w śmieszny sposób. – Każdy to chce dorwać w swoje łapy… Hitler… wy… Stalin… po co wam to, wiesz może?
– Nie jestem tutaj od odpowiadania na to, profesorze.
– Tak, wiem… posłuchaj. Najlepiej by było, jakbyś posłał tą zabawkę wielkich do wszystkich diabłów… zrobisz to?
– Nie mogę tego zrobić, profesorze. – Snake stał w miejscu niewzruszony, niczym skała; w sumie spodziewał się tych pytań, takiej reakcji Ptuszki. – Proszę mi powiedzieć, gdzie przechowujecie prototyp. Tylko tyle.
– Z dwojga złego… gdyby Metal Gear, cała jego technologia trafiła w wasze ręce… może zrobilibyście z niej lepszy użytek niż Hitler czy Stalin. Nie popełnialiście masowych mordów… tak jak oni…
– Mogę panu zagwarantować, profesorze, że rząd USA nie popełni takich zbrodni, jak te dwa potwory.
– Nie możesz, przyjacielu… o to cały czas mi chodzi, że nie możesz… – westchnął ciężko. – Nieważne… pomagałem waszemu krajowi, trzeba skończyć, co się zaczęło, nieprawdaż? – uśmiechnął się smutno. Wyjął z kieszeni dziwną, metalową płytkę i wręczył ją Snake’owi.
– To jest klucz do hangaru… właz mieści się w piwnicy podobnej do tej – zatoczył ręką krąg. – Otworzysz bez problemu… o ile tam dotrzesz, bo wejście do piwnicy jest na terenie fabryki traktorów… Stalin uznał, że tamtejsze fundamenty są najsolidniejsze i najlepiej się do tego nadadzą…
– A fabryka traktorów jest na terytorium zajętym przez Niemców. – Dokończył cierpko Snake.
– Zgadza się… Gespenst węszy po całym Stalingradzie, a mają to, czego szukają, tuż pod nosem… Patrzą, a nie widzą. Ale i tak się tam nie dostaną bez klucza… jedyną jego kopię masz ty. Ode mnie nic nie wyciągną…
– Profesorze, proszę tu zostać. Wkrótce Cobra, moja koleżanka z zespołu, przybędzie po pana…
– O, żołnierka! Może to i lepiej, że to ty idziesz po Metal Geara – profesor mrugnął okiem. – No, idź już, zabierz im to sprzed nosa… długa droga przed tobą… Fabryka Traktorów imienia Feliksa Dzierżyńskiego jest na północ stąd, idź wzdłuż torów… tylko uważaj! Po drodze miniesz fabryki „Barrikady” i Krasnyj Oktiobr”… tam podobno węszy teraz Gespenst… a niech cię wszyscy święci bronią przed wejściem na teren „Barrikady”… podobno ludzie tam znikają bez śladu… strzeż się…
– Dziękuję, profesorze…
Ale ten, po chwilowym uniesieniu, znowu zatopił się w swoich myślach; Snake zastanowił się przez chwilę, czy to potwornie zrujnowane miasto tak nie przytłacza. Martwe, poszarpane budynki, trupy na ulicach, chłód… przedsionek piekieł? Nieważne, im szybciej wykona zadanie, tym prędzej stąd zniknie… byle dalej…