W dzisiejszej recenzji Hideo Kojima zdradza w jaki sposób jeden z najpopularniejszych horrorów Georga Romero, Świt żywych trupów, wpłynął na gameplay Metal Gear Solid. Poniższy artykuł ukazał się w formie ekskluzywnego dodatku do Oficjalnego Magazynu PlayStation2.

Kiedy byłem dzieckiem obawiałem się pewnych rzeczy. I nie była to wcale obawa przed starszymi kolegami w szkole, którzy lubili uprzykrzać mi życie, czy lęk wysokości. Będąc drugim najstarszym synem w domu, musiałem nauczyć się rzeczom takim stawiać czoła. Prawdę mówiąc, kiedy patrzę wstecz, pamiętam, że było wiele sytuacji, w których przez moją nieostrożność i odwagę mogłem stracić życie. Dopóki nie wkroczyłem w okres dojrzewania, byłem bardzo psotnym i żywiołowym chłopcem. Jedyną rzeczą, jaka była w stanie mnie przerazić były duchy. Nie znosiłem filmów o duchach. Według moich rodziców byłem bardzo wrażliwym dzieckiem. Po obejrzeniu jakiegokolwiek horroru byłem tak przerażony, że bałem się potem pójść samemu do łazienki i często zdarzało mi się przez to moczyć spodnie. A po położeniu się do snu zawsze miewałem koszmary, które były kontynuacją dopiero co obejrzanego filmu.

Mój ojciec często zmuszał mnie do oglądania tego typu filmów. Sadzał mnie przed telewizorem i czujnym okiem obserwował moje reakcje na poszczególne sceny. Kiedy widział, że zakrywam oczy lub uszy w trakcie najstraszniejszych momentów, zaczynał zdawać mi szczegółowe relacje na temat tego, co działo się na ekranie. Hideo, oglądaj! -strofował mnie. Kiedy to nie pomagało, następnego dnia moja mama ustanawiała powtórne oglądanie filmu. Dorastanie w takim środowisku wcale nie pomagało mi w oswojeniu się z moim strachem przed duchami.

Jednakże istniały horrory, które potrafiłem oglądać nie zakrywając przy tym oczu. Były to filmy Hammera. Obejrzałem ich całkiem sporo i po pewnym czasie zaczynałem rozpoznawać poszczególnych aktorów: Christophera Lee jako Hrabię Dracula, oraz Petera Cushinga jako Val Hellsinga. To uzmysławiało mi, że zdarzenia rozgrywające się na ekranie nie są prawdziwe. To tylko film – tłumaczyłem sobie. Hammer było brytyjskim studiem filmowym zajmującym się remake’ami klasycznych filmów o potworach, takich jak Dracula, Frankenstein, The Werewolf, czy The Mummy. Dla mnie były to niczym Tsuburaya Pro (seria o Ultramanie i Godzilli) Wielkiej Brytanii. W czasach, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, panowała wszechobecna moda na filmy o potworach. Zarówno Godzilla jak i Ultraman były niezwykle popularne. Mimo, że nie były one straszne, miałem problemy z ich oglądaniem, a w szczególności ze śledzeniem momentów, w których na ekranie pojawiała się kobieta-wąż z wielkimi kłami i gałkami ocznymi wielkości piłek ping-pongowych. Niestety, był to jeden z ulubionych horrorów mojego ojca, dlatego często byłem zmuszany do oglądania go wraz z nim. Miałem nawet książkę o potworach, w której znajdowało się zdjęcie kobiety-gada. Pamiętam, że tak bardzo bałem się otworzyć tę książkę, że schowałem ją gdzieś w domu i nigdy potem nie odnalazłem.

Kiedy w latach siedemdziesiątych zacząłem uczęszczać do teatrów, moda na panic films powoli dobiegała ku końcowi. Za sprawą Egzorcysty została zastąpiona przez filmy traktujące o okultyzmie. Rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo: niezliczone seanse w kinach, programy w telewizji, książki i magazyny w księgarniach. Niestety, nie mogłem się z tego faktu cieszyć. Mój starszy brat naśmiewał się ze mnie i z mojego tchórzostwa. Sam uczęszczał na większość seansów, a po powrocie do domu opowiadał mi wszystko ze szczegółami. Czułem się okropnie. Bałem się nie tylko samych horrorów, ale również i faktu, że nie byłem na bieżąco ze sceną filmową. Aby pozostać wiernym swoim zainteresowaniom, zmusiłem się do obejrzenia programu telewizyjnego poświęconego horrorom. Ów program traktował o filmie, który jak się później okazało, zmienił całe moje życie. Był to Świt żywych trupów. Rzeczą, która najbardziej mnie w tym filmie zaskoczyła, była scena, w której oddział SWAT polował na zombie przy akompaniamencie skocznej muzyki disco. Akcja rozgrywała się w nowoczesnym centrum handlowym, a bohaterowie najwyraźniej czerpali sporo radości z mordowania kolejnych zombie. To ma być horror? Niemożliwe! – nie mogłem wyjść z podziwu. Wszystko wydawało się zupełnie inne od tego, co do tej pory widziałem. Świt żywych trupów w niczym nie przypominał standardowego, stereotypowego horroru. To było niesamowite. Będę w stanie to obejrzeć! – zadecydowałem. To był marzec 1979 roku…

Byłem wówczas świeżo upieczonym uczniem szkoły średniej. Trwały ferie wiosenne, które wraz z moim kolegą spędzałem w stadninie w Mount Rokko, ucząc się jazdy konnej. Pewnego dnia, w drodze powrotnej do domu, poprosiłem go, aby udał się ze mną na seans filmowy Świtu żywych trupów, który odbywa się w Kobe. Zrobiłem to, ponieważ nie czułem się na tyle pewnie, aby pójść do kina sam. Niestety zapomniałem sprawdzić, o której godzinie rozpoczynał się film, w skutek czego dotarliśmy na miejsce ze sporym opóźnieniem. Kiedy weszliśmy na salę, seans trwał już w najlepsze. Na ekranie wyświetlana była scena, w której dwóch członków oddziału SWAT, Peter i Roger, blokowało wejście do centrum handlowego wielkimi ciężarówkami. Roger w panice szukał kluczyków, aby móc odpalić silnik, kiedy za jego plecami pojawiła się kobieta-zombie. Unieruchomiony w swoim siedzeniu Roger, nie miał możliwości nawiązania walki z napastniczką. W momencie, w którym kobieta już miała zatopić swoje zęby w jego ciele, pojawił się Peter, który jednym strzałem wymierzonym w twarz umarlaka sprawił, że jego wnętrzności rozprysły się w kabinie ciężarówki. Widownia była w szoku. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mojego kolegi. Jego mina zdawała się mówić: Jakie filmy ten Hideo ogląda!.

Myślę, że nie muszę opowiadać o czym jest ten film. Na całym świecie aż roi się od wielbicieli Świtu żywych trupów. Jest to jedna z niewielu produkcji, które zostały przekazane młodszym generacjom. Nie potrafię wyrazić słowami tego, co czułem, kiedy obejrzałem go po raz pierwszy. Wydaje mi się, że to jest właśnie to, co ludzie nazywają wydarzeniem zmieniającym całe Twoje dotychczasowe życie. Film był wspaniały, innowacyjny, nawet zabawny. Jak już wspomniałem wcześniej, pomógł mi on przezwyciężyć mój strach przed duchami, oraz przekonać się co do horrorów.

Główną tego zasługą była scenografia. W konwencjonalnych horrorach akcja zawsze rozgrywała się w mrocznej posiadłości położonej w samym środku ciemnego lasu, zaraz po północy. Świt żywych trupów był tego zupełnym przeciwieństwem! Wszystko działo się w ciągu dnia, główną scenografią było nowoczesne centrum handlowe, a ocaleli bohaterowie walczyli z zombie za pomocą broni palnych. Cóż za innowacja! Ta niecodzienna mieszanka bardzo przypadła mi to do gustu, głownie ze względu na to, że już w tamtych czasach bardzo interesowałem się bronią i wszystkim, co było z nią związane.

W moim mniemaniu, centrum handlowe reprezentowało konsumpcyjne, amerykańskie społeczeństwo, jednostka SWAT – część społeczeństwa trzymającą władzę, a zombie – pospolitych, szarych pracowników fizycznych. Ta ironiczna metafora sprawiła, że film ten stał się czymś więcej, niż jedynie horrorem. W Świcie żywych trupów na próżno było szukać invisible fear (niewidocznego strachu – okultyzmu). Jego najmocniejszym punktem było fear embedded in everyday life, czyli strach wpleciony w nasze codzienne życie. Każdy mógł stać się zombie. Byli oni wszędzie. To główne założenie filmów o tej tematyce.

Największe wrażenie wywarło na mnie centrum handlowe, głównie z tego powodu, że próżno było ich szukać w Japonii. W tamtych czasach małe sklepy i przedsiębiorstwa powoli traciły na znaczeniu i zaczynały być dominowane przez supermarkety i domy towarowe. Jednak wielkie centra, w których można było kupić ubrania, zjeść obiad i pograć na automatach były czymś, czego my, Japończycy, jeszcze nie znaliśmy. Jak zostało to ukazane w Świcie żywych trupów, w takim miejscu można było dostać praktycznie wszystko. Był tam sklep z bronią, jubiler, restauracje, pasaże handlowe, fryzjer, plac z fontanną i zegarem, a nawet lodowisko. Miejsce, w którym kręcono te sceny to Monroeville Mall. Niestety wspomniane wcześniej lodowisko, na którym bohaterzy ćwiczyli strzelanie do celu, już nie istnieje. Mimo to bardzo chciałbym kiedyś odwiedzić to miejsce.

To, co najbardziej fascynuje w tym filmie, to niezliczona ilość sposobów, w jaki można przestraszyć widza: zombie skradający się w oddali za plecami głównego bohatera (podobnie jak u Johna Carpentera), gra cieni jak w filmach Dario Argentino, czy nagłe pojawienie się zombie na ekranie, które sprawia, że na moment Twoje serce przestaje bić. Praca kamery zawsze ukazuje akcję z najbardziej przerażającego punktu widzenia: kiedy Flyboy ma problemy z przeładowaniem swojego rewolweru, w skutek czego strzela do zombie z pustych komór, kiedy Roger nieświadomy niebezpieczeństwa wystawia nogę, nie zdając sobie sprawy z obecności zombie, który ma zamiar za nią chwycić – w takich momentach widza zalewa fala frustracji i desperacji, by móc ostrzec bohatera przed niebezpieczeństwem. Jest w filmie scena, w której jeden z ocalałych, otoczony przez chmarę zombie, stara się znaleźć właściwy klucz do drzwi. Zombie podchodzą coraz bliżej i w momencie, w którym już mają zaatakować, bohater znajduje odpowiedni klucz i wychodzi cało z opresji. Nie można również zapomnieć o klasycznej scenie, w której Roger zamienia się w zombie i zmartwychwstaje. Kamera skierowana jest na koc, którym przykryty jest nieboszczyk. Peter, kumpel Rogera, celuje swoim rewolwerem w jego kierunku. Scena, w której Roger umiera, nie została pokazana widowni. Widzimy jedynie powolne ruchy wykonywane pod kocem, wskazujące na to, że Roger – zombie (najstraszniejszy umarły jakiego widzimy w ciągu całego filmu) powoli wstaje. Ograniczona ilość informacji sprawia, że widz zmuszony jest użyć swojej własnej wyobraźni. Taki sposób reżyserowania stał się wkrótce standardem dla filmów tego gatunku. Mimo, iż podobne produkcje charakteryzowały się głównie przemocą i przelewaniem hektolitrów krwi, Świt żywych trupów wyróżniał się z tłumu swoim niecodziennym, a zarazem niezwykle efektownym sposobem ukazywania poszczególnych scen, które potrafiły zmrozić krew w żyłach.

Jak przystało na George’a Romero, w filmie znajduje się również spora dawka czarnego humoru: rzucanie ciastem w twarz zombie, okradanie ich z biżuterii, czy popychanie i przewracanie ich na lodowisku bądź na ruchomych schodach. Najbardziej podobało mi się zastosowanie w drugiej części filmu manekinów, kiedy centrum handlowe zostało napadnięte przez piratów drogowych na motorach. Na początku widzimy scenę, w której jeden z bohaterów myli manekina z zombie. Zaraz potem widzimy zombie, który wygląda niczym manekin. W późniejszych scenach żywi ludzie zostają rozrywani na strzępy właśnie jak manekiny. Fran, która jest w ciąży, wykorzystuje manekiny do ćwiczenia celności strzału, rozszarpując przy tym ich głowy na strzępy. Wszystko pokazane po to, aby już w następnej scenie zobaczyć odstrzeloną głowę prawdziwego zombie. Reżyseria Romero została wykalkulowana wprost wyśmienicie.

Na pewno wszyscy zadajecie sobie teraz pytanie: W jaki sposób Świt żywych trupów wpłynął na MGS? Odpowiedź jest niezwykle prosta: maksymalny użytek trójwymiarowej, zamkniętej powierzchni, takiej jak centrum handlowe z windami, kanałami powietrznymi czy ruchomymi schodami. MGSowy gameplay, zawierający podane wyżej elementy, pochodzi prosto ze Świtu żywych trupów. Wiele ludzi myśli, że zapożyczyłem je z serii Die Hard, ale to nieprawda. Oryginalny Metal Gear wydany na MSXa wyszedł w1987 roku – długo przed premierą Szklanej pułapki. Tak więc podczas gdy motyw ucieczki został przeniesiony z Ucieczki z Nowego Jorku, infiltracja z Dział Nawarony, tak umiejętność radzenia sobie z przeciwnikami w zamkniętej, trójwymiarowej przestrzeni pochodzi prosto ze Świtu żywych trupów. MGS to Świt żywych trupów, jeśli zamienić by zombie na żołnierzy.

W wersji Metal Gear, która ukazała się na MSXa, gracz posiadał klucze z numerami od 1 do 9. Za każdym razem, kiedy chciał otworzyć konkretne drzwi, musiał użyć klucza z odpowiednim numerem. Chaotyczne próby wybrania odpowiedniego klucza, podobnie jak podczas ucieczki przed zombie – taki właśnie rodzaj napięcia pragnąłem zaimplementować w grze. MGS na konsolę PlayStation również posiadać miał podobny element, jednak moi współpracownicy stwierdzili, że byłoby to zbyt kłopotliwe i irytujące, dlatego zdecydowałem się porzucić ten pomysł. Nie powstrzymało mnie to przed umieszczeniem w MGS przynajmniej jednego elementu obecnego również w Świcie żywych trupów. Pamiętacie pomieszczenie, w którym przetrzymywany był prezydent ArmsTech? Zacementowane otwory w ścianie stanowią nawiązanie do mojego ulubionego horroru. W Świcie żywych trupów Peter i jego spółka zastosowali podobną sztuczkę, aby zmylić zombie i zapobiec dostaniu się umarlaków do ich kryjówki.

Jak już wcześniej wspomniałem, doświadczenie ze Świtem żywych trupów miało bardzo duży wpływ na moje życie. Mimo, że kochałem horrory, nie mogłem ich oglądać. Nawet mając świadomość, że wydarzenia w nich nie są prawdziwe, nie potrafiłem sobie z nimi poradzić. Kiedy rozpoznawałem w filmie jakiegoś aktora, lub kiedy znałem nazwisko reżysera, czułem się odrobinę pewniej. Jednak nie na tyle, aby obejrzeć dany film będąc wystarczająco zrelaksowanym. To była moja słabość, która bardzo mi ciążyła. Świt żywych trupów pomógł mi pozbyć się tej słabości i sprawił, że zacząłem oglądać horrory z prawdziwą przyjemnością. Po tym małym, osobistym triumfie obejrzałem sporo filmów tego gatunku, ciesząc się każdym z nich. Gdybym nie natrafił na Świt żywych trupów, prawdopodobnie nigdy nie obejrzałbym żadnego horroru. Dzieło Romero to ukochany film mojej młodości.

Istnieje wiele różnych wersji tego filmu. Wersja japońska, którą oglądałem, została wydana w 1979 roku i posiadała specjalne wprowadzenie (dodane również we włoskiej wersji Dario Argento) przedstawiające wybuch tajemniczej gwiazdy, który spowodował, że na ziemi umarli zaczęli ożywać. Najbardziej drastyczne sceny zostały zamienione na czarno-białe, statyczne ujęcia. Ta wersja nigdy nie została wydana na DVD. W latach osiemdziesiątych, kiedy na rynek zaczęły wchodzić kasety magnetowidowe, Romero wydał amerykańską wersję swojego filmu. Jednak ci, którzy tak jak ja oglądali japońską wersję horroru, która była podobna do włoskiej Dario Argento (z muzyką Goblina), nie mogli znieść wersji amerykańskiej. W tamtych czasach Argento znany był głównie za sprawą Suspiria. Większość Japończyków bardzo ceniła go jako reżysera. W 1994 roku Romero wydał kolejną wersję swojego horroru: Director’s Cut. Będąc wielkim wielbicielem zombie, nie mogłem tej okazji przegapić. Udałem się na seans do Osaki. Było wspaniale, wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem filmu, prawie tak jak za dawnych czasów. Jednak osobiście największy sentyment czuję do wersji japońskiej z 1979 roku, którą oglądałem jako pierwszą. Bardzo chciałbym posiadać jej wydanie na DVD.

Skoro już wspomniałem Goblina, chciałbym przy okazji napisać parę zdań o muzyce. Jak już wspomniałem wcześniej, podczas omawiania Dział Nawarony, powodem, dla którego zacząłem czytać książki była chęć zaznajomienia się z oryginalnymi historiami, które zostały w późniejszym czasie zekranizowane. To samo tyczy się muzyki – w szczególności muzyki progresywnej. Po obejrzeniu Świtu żywych trupów i Suspiria, na poważnie zacząłem interesować się twórczością Gobilna, który był najbardziej wpływowym muzykiem progresywnym współczesnych Włoch. Jego film Le Salaire De La Peur (Cena strachu) zainteresował mnie muzyką zespołu Tangerine Dream. Mimo, że Egzorcysta sprawiał, iż ze strachu włosy jeżyły mi się na głowie, bardzo przypadła mi do gustu jego ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Mike’a Oldfielda. Chyba nie muszę wspominać, że byłem również dumnym posiadaczem soundtracku z filmu Świt żywych trupów. Zakupiłem go tak szybko, jak tylko ukazał się na rynku.

Jako zwolennik filmów o zombie chciałbym również wspomnieć o innych obrazach związanych z tą tematyką. W 1990 roku pojawił się remake jednego z filmów Romero (Night of the Living Dead z roku 1968), wyreżyserowany przez Toma Savini’ego, który w Świcie żywych trupów zajmował się charakteryzacją oraz niektórymi akcjami kaskaderskimi. Muszę przyznać, że film był świetny. Polecam go każdemu, kto jeszcze nie miał przyjemności obejrzeć tego dzieła. Przy okazji, moje trzy ulubione produkcje z zombie w głównych rolach to: Świt żywych trupów autorstwa Romero, Zombie 2 Lucio Fulci, oraz The Return of the Living Dead Dana O’Bannona. Bardzo widoczna jest różnica w sposobach przedstawiania zombie przez różnych reżyserów. Najbardziej czarującą rzeczą w głównych bohaterach jest sposób ich poruszania się. Szczególnie przypadł mi do gustu niestabilny i flegmatyczny chód przedstawiony w Świcie żywych trupów. Podziwiam również sposób, w jaki Resident Evil Paula Andersona wyraża szacunek do poprzednich części. Z kolei najlepszą japońską produkcją traktującą o umarłych jest jak dotąd Venus Ryuhei Kitamury, który prywatnie jest moim bardzo dobrym znajomym. Mój ulubiony zombie, jakiego miałem okazję oglądać w filmie, to zombie z filmu Night of the Living Dead (1968). Urzekł mnie on sposobem zabawy wnętrznościami jednej ze swoich ofiar.

Obecnie na rynku gier dostępnych jest kilka pozycji traktujących o zombie, jednak jak dotąd nie natrafiłem na żadną, która potrafiłaby wprowadzić mnie w klimat podobny do filmu. W żadnej z nich gracz nie zostaje zamieniony w zombie. Jeśli w grze nie ma takiego motywu, wtedy nie zasługuje ona na miano gry o zombie! W pewnym momencie swojej kariery bardzo poważnie rozważałem możliwość zakupienia praw autorskich do Świtu żywych trupów i sporządzenia z niego gry, w której akcja działaby się w zamkniętym centrum handlowym. Jednak z powodu wielkiego sentymentu, jakim darzę tę produkcję, oraz zbytniej pospolitości tej tematyki w światku gier video, taka sytuacja nie miała jeszcze miejsca. Pewnie jesteście ciekawi, w jaki sposób zaimplementowałbym koncepcję zamieniania się w zombie w grze video? Odpowiem wam. To byłaby gra online.

Twoim zadaniem jest wyeliminowanie wszystkich zombie na świecie. Masz do dyspozycji cały arsenał broni, lecz jeśli zostaniesz zaatakowany, sam zamieniasz się w zombie, jednocześnie tracąc kontrolę nad swoją postacią, która od tego momentu zaczyna samotnie wędrować po świecie gry. Nie zwalnia Cię to jednak z obowiązku płacenia za nią. Aby zagrać jeszcze raz, musisz stworzyć nową postać. Jeśli i ta zostanie zjedzona, również zamieni się w zombie. Teraz, kiedy posiadasz już na utrzymaniu dwóch zombie, musisz płacić dwa razy tyle pieniędzy! Nawet, jeśli zabijesz swoje zombie, nadal będziesz zobowiązany uiszczać opłaty. W ten sposób liczba zombie będzie cały czas wzrastać. Jeśli nie będziesz w stanie wykończyć swoich własnych zombie, możesz poprosić o to, aby Twój znajomy zrobił to za Ciebie. Kiedy liczba zombie przewyższa liczbę żywych postaci, gra dobiega końca. Uważam, że to niezły pomysł. Chciałbym kiedyś stworzyć taką grę. Prawdziwym wydaje się być powiedzenie, że ten, kto najbardziej się boi, potrafi robić najstraszniejsze filmy czy gry. Dobrym przykładem jest Spielberg, który na podstawie swoich własnych doświadczeń wie doskonale, co będzie w stanie przerazić widza. Jednak rywalizacja w świecie horrorów i gier video jest niezwykle zacięta. To bardzo popularny i oblegany gatunek. Dlatego nie chcę walczyć z zombie, być przez nich pożartym i stać się jednym z nich. Nawiązując do słów Rogera ze Świtu żywych trupów:

Jest jeszcze sporo do zrobienia zanim… zanim będziecie mogli pozwolić sobie mnie stracić.