Metal Gear Stalingrad – Część II
- wtorek 4 stycznia 2011
- Przez kul
-5-
Nazistowska propaganda była czymś nieprawdopodobnym; posunięto się nawet do podkładania fałszywych artefaktów na tereny wykopalisk, aby przekonać lud do własnej ideologii. Niektórzy wierzyli w to całym sobą, a jak wiadomo, wiara może dokonać wiele. Snake miał się o tym boleśnie przekonać.
***
Snake wyszedł z piwnicy, zamykając za sobą właz; następnie wszedł na górę by sprawdzić, czy The End już się uspokoił. Na górze nie było nikogo. Maskująca tkanina była odrzucona na bok, jedynym śladem który świadczył o pobycie The Enda tutaj były poskręcane resztki wózka inwalidzkiego. Snake rozejrzał się wkoło, ale znikły nawet wygodne pomosty między budynkami… na placu zostały tylko ciała. I jeszcze ktoś.
Snake przypadł do ziemi i obserwował człowieka, który pojawił się na placu; był potężny, prawdziwy olbrzym w mundurze niemieckim.
– Gespenst…? – powiedział cicho do siebie Snake. – W takim razie… czy to ten Helmut…? Der Riese…? Jak on tu…
– Nieczysty Wężu, złaź! – w okrzyku kolosa słychać było kpinę. – Wiem, że mnie słyszysz!
Przyszedł tu za mną albo mnie tropiąc, albo ktoś wyjawił moje plany, pomyślał Snake. Nie było sensu się ukrywać, zresztą należało chronić profesora do czasu przybycia Cobry. Snake wstał i podszedł do okna.
– To ciebie nazywają der Riese, tak? – odkrzynął.
– A nie widzisz tego, podczłowieku? Czy też muszę udowodnić, kto tutaj należy do rasy panów? – Helmut roześmiał się, jego gruby głos odbijał się echem od ścian budynków; rozpiął płaszcz, pod którym nie miał koszuli. Wyrzucił ręce w bok i oto stał z nagim torsem, kompletnie nieuzbrojony; cały czas rubasznie się śmiał.
– Wiem, że masz jakąś broń palną przy sobie! No dalej, wiem, że cię kusi jej użyć, gadzie! Ale naprawdę czystych rasowo nie imają się kule, to dar od boga, który właśnie nam sprzyja! Gott mit uns! Hahaha!
Ręka Snake’a, wędrująca w stronę kabury z pistoletem, zwolniła. Snake, nieco zmieszany, zapytał, by nie zostać całkowicie zbitym z pantałyku:
– Der Riese! Jak tu trafiłeś!?
– To było proste, Wężu! Spotkałem podczas mej misji szczurze dziecko… które zachowało się jak szczur… i zginęło jak szczur! Haha!
– Chłopiec… zabiłeś tego chłopca!? Tego, który przekazał mi akta!? – Snake wyszarpnął pistolet i wycelował w stojącego na placu olbrzyma.
– Szczur! Podczłowiek! Rozumiesz to!? Myślałem, że tak, w końcu węże zjadają szczury… a ludzie węże zgniatają!
– Gnhh…!
– No dalej! Strzelaj! – Helmut rozchylił płaszcz, obnażając, potężny, umięśniony tors. – Czy mam opowiedzieć, jak urwałem temu szczurkowi głowę!? Opisać jego wytrzeszczone oczka!? Jak małego zwierząt…
Strzał. Echo. Cisza. Śmiech der Riese.
– I oto Wąż nawet nie potrafi ukąsić! Gdzie twoje zęby, twój jad, wężu!?
Snake nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. A widział dokładnie; krótki błysk i pocisk zrykoszetował od torsu olbrzyma. Nawet teraz widział osmalony ślad na jego piersi… czyżby „plotki” z raportu okazały się być prawdą?
– I co, Wężu: spełzniesz tutaj, czy ja mam wbiec tam do ciebie!? Widzisz, jaki jestem łaskawy!? Możesz wybierać, gdzie zginiesz!
Snake nic nie odpowiedział; odwrócił się i zszedł po schodach wprost do drzwi, prowadzących na plac. Dopiero gdy ujrzał swojego przeciwnika z bliska zrozumiał, dlaczego nazywają go der Riese. Helmut Krugl miał około dwóch i pół metra wzrostu; potężne mięśnie poruszały się pod skórą. Jeśli ktoś zostanie schwytany w uścisk tych ramion, jego kości mogą zostać połamane w ciągu kilku sekund. Jeden cios musiał zwalać z nóg.
– Jednak Wąż chce walczyć… i dobrze, przecież nie chcesz żyć wiecznie? Bo ja i tak będę! – i znowu ten śmiech… Snake zastanawiał się, na ile szczery i normalny jest ten śmiech i czy nie ma do czynienia z fanatykiem… najprawdopodobniej miał.
– Co powiesz na walkę wręcz, Wężu? To podstawa wszystkiego… – Helmut ściągnął płaszcz i odrzucił daleko. Nie można było nie podziwiać jego imponującej sylwetki.
– Jestem za. – Snake przybrał bojową postawę.
– Zatem zapraszam! – Helmut rozstawił szeroko ramiona, jakby chciał uściskać Snake’a i w pewnym sensie tak właśnie było.
Snake ruszył do przodu, wybił się z prawej nogi i kopnął der Riese w skroń, a drugą stopą trafił go w splot słoneczny; uważnie się przy tym wpatrywał w błękitne oczy przeciwnika. I tak! dostrzegł to, co chciał dostrzec – lekkie rozszerzenie źrenic, wyraz zaskoczenia szybkością Snake’a i niespodziewanym bólem; odskoczył szybko, aby nie dostać się w stalowy uścisk przeciwnika. Więc jednak legendarny żołnierz oddziału Gespenst jest do pokonania…
Der Riese dotknął miejsca, gdzie uderzył Snake i pokiwał z uznaniem głową, po czym w ułamku sekundy puścił się biegiem przed siebie. Pochylił się nisko niczym szarżujący byk, a był przy tym bardzo szybki; Snake nie zdążył odskoczyć i został trafiony w bok, obrócił się w powietrzu i wylądował ciężko. Odturlał się momentalnie w bok, bo już chciała go zmiażdżyć stopa Helmuta; błyskawicznie wstał na nogi i wyprowadził prawego sierpowego prosto w szczękę pochylonego olbrzyma. To był błąd.
Miał wrażenie, że uderzył w mur; nie wywarło to żadnego wrażenia na przeciwniku, tak samo jak wtedy, kiedy odbił się od niego wystrzelony pocisk. Der Riese chwycił bark Snake’a prawą dłonią, prawie krusząc mu kości w tym uścisku; uderzył go w twarz czołem, potem lewą i prawą pięścią. Oszołomiony Snake nie był w stanie parować ciosów, dał z siebie w tym momencie zrobić worek treningowy; dotarło do niego że za chwilę straci przytomność i w tym momencie odskoczył w tył, zaczął się cofać.
– Wąż ucieka do swej nory!? – zakrzyknął Helmut, tym razem już nie kpiąco, a głosem pełnym gniewu.
Skupienie, pomyślał Snake, jest odporny na ciosy tylko wtedy, gdy się ich spodziewa… – ta myśl błąkała mu się po głowie. Pałający żądzą mordu Helmut ruszył, coraz bardziej przypominając rozwścieczone zwierzę niż człowieka. Snake dał się zaskoczyć, gdyż przeciwnik wykonał sus do przodu z wyciągniętymi przed siebie rękami, chwytając Snake’a za nogi i obalając go na ziemię. Szybko wstał i przycisnął ramiona Węża do ziemi swoimi kolanami.
– Nieczysty rasowo podczłowieku… – wysyczał przez zaciśnięte w grymasie gniewu zęby, przy okazji opluwając Snake’a; ten mógł tylko bezradnie wierzgać ramionami.
– Wąż… – powiedział, a właściwie wycharczał Snake sam do siebie. – ma… zęby…
Wyrzucił prawą rękę w bok, aż wysunął się jego długi traperski nóż, który przechowywał w ten sposób jeszcze podczas polowań na Alasce, i wbił ostrze w skroń niczego nie spodziewającego się olbrzyma aż po rękojeść.
Ucisk zelżał i Snake był w stanie ściągnąć ze swojej szyi łapska kolosa; z trudem łapiąc powietrze, dźwigał się na nogi. Helmut odwrotnie – coraz trudniej mu było utrzymać się na kolanach; stopniowo tracił przytomność.
– Vorstand… podobno już tu jest… – sięgnął lewą ręką i zaczął szarpać się z rękojeścią noża, próbując go sobie wyciągnąć z głowy. – Zginiecie wszyscy… całe wasze ścierwo zostanie spalone przez Vorstand… długo czekaliśmy na to przybycie i dzisiaj podobno już kroczy po uliach tego miasta… ogniem stworzy Lebensraum dla rasy panów… Wężu.
Po tych ostatnich słowach padł na ziemię, jego twarz zanurzyła się w cienkiej warstwie świeżego śniegu, który – jak dopiero teraz zauważył Snake – padał od jakiegoś czasu. Ostrożnie zbliżył się do ciała potężnego wojownika i wyciągnął nóż, po czym schował do bezpiecznego miejsca w rękawie; podświadomie spodziewał się, że der Riese wstanie i rzuci się na niego w ostatniej próbie uduszenia go, ale nic takiego się nie wydarzyło. Snake wziął parę głębokich oddechów i ruszył na północ w kierunku fabryki traktorów, gdzie wedle słów profesora Ptuszki było wejście do hangaru z przerażającym typem broni masowej zagłady, Metal Gearem.
Kolejne ciało na Placu 9 Stycznia pokrywało się świeżą warstwą śniegu, z daleka przypominając ośnieżony szczyt górski.
-6-
Żołnierze hitlerowskiej armii, choć otoczeni w kotle przez Rosjan mieli ogromne kłopoty z zaopatrzeniem i głodowali, w święta Bożego Narodzenia dostali obiad złożony między innymi z pulpetów z kluskami. Mięso na nie uzyskano zabijając konie będące na wyposażeniu rumuńskiej kawalerii.
***
Snake widział, jak wieczorne niebo co i rusz rozświetlane jest błyskami, których źródło właśnie miał po swojej lewej ręce; domyślał się, że przechodzi obok niesławnego wzgórza 102, Kurhanu Mamaja. Właśnie ukrył się za załomem muru i czekał, aż przejdzie niemiecki patrol; na tą krótką chwilę powrócił myślami do Cobry, do chwili, kiedy próbowali sobie opowiedzieć o swojej własnej przeszłości. Snake nie miał wiele do powiedzenia; mieszkał z ojcem, matka zmarła przy jego porodzie; pewnego dnia ojciec wyszedł w śnieżycę i już nie wrócił i dziesięcioletni chłopak musiał sam sobie radzić – ot, cała historia. Cobrę również zostawił ojciec, gdy ta była bardzo mała; podobno wrócił do Europy, do ojczyzny, dokładnie w 1912 roku. Cobra miała czwórkę starszych braci, wszyscy pojechali na fronty pierwszej wojny światowej i wszyscy zginęli; dalej historia toczyła się w miarę podobnie, tylko zamiast podbiegunowych terenów Alaski Cobra polowała w rozległych lasach stanu Maine, gdzie również nauczyła się przetrwania.
Cobra… tak często spotykali się na treningach, dzień w dzień. Gdzie ona teraz jest? Przypomniał sobie, jak mu było pusto gdy Cobra wyjechała na dwa miesiące, by odwiedzić rodzinę… Ale szybko otrząsnął się z tych myśli. Iść. Obowiązek. Do przodu.
Nawet nie zauważył, kiedy wszedł w sam środek toczącej się walki; za załom muru, gdzie się przemykał, wskoczyło kilku czerwonoarmistów, ostrzeliwując się przed przeważającymi siłami wroga. Niemcy nadciągali szeroką falą i Snake wiedział, że jeśli tu pozostanie, to na pewno zginie; zauważył, że część rosyjskich żołnierzy otwiera właz i schodzi do kanałów. Odbiegł kawałek dalej ulicą (terkot broni maszynowej był coraz bliżej) i również uniósł klapę; w ten sposób ukrył się przed wzrokiem obydwu armii, gdyż mógł niedostrzeżony podążać za czerwonoarmistami.
Akurat wycofujący się oddział szedł – tak samo jak Snake – na północ, więc można było pozwolić sobie na tą odrobinę luksusu i po prostu podążać w bezpiecznej odległości za ich głosami.
Światła latarek rosyjskich żołnierzy zniknęły za rogiem i Snake przez chwilę szedł w absolutnej ciemności; przeraźliwe krzyki zatrzymały go w miejscu i kazały przylgnąć do ściany. Strzały z broni przerażonych żołnierzy padały na oślep i Snake mógł przysiąc, że część pozabijała w panice swoich kolegów; trwało to kilka minut, aż w końcu hałas ucichł i dało się słyszeć tylko nieregularny oddech śmiertelnie przerażonego człowieka. Świst powietrza, charknięcie, chlust. I już nic więcej.
Snake wychylił się zza rogu i odważył się poświecić latarką; podziurawieni kulami z własnych karabinów żołnierze zaściełali koryto kanału. Dwóch z nich, jak dostrzegł Snake, miało poderżnięte gardła, z jednego jeszcze unosiła się para.
– Eskimosi wierzą, że to z człowieka wylatuje dusza… – Snake odezwał się do siebie, po prostu potrzebował usłyszeć swój głos, upewnić się, że potrafi kontrolować swoje ciało.
I zadrżał, gdy odpowiedział mu potępieńczy śmiech.
– Kto tam!? – wyciągnął broń i usiłował przeszyć ciemność kanału słabym światłem latarki. – Kto idzie!? – usiłował opanować drżenie rąk.
Postąpił kilka kroków naprzód i coś go podcięło; instynktownie się zasłonił i (zobaczył to dzięki błyskowi upadającej latarki) zobaczył, że wytrącił z jakiejś dłoni pokryte zakrzepłą krwią ostrze; kopnął mocno i kogoś trafił. Podniósł się szybko i chwycił latarkę, ale już nikogo nie było w pobliżu. Wytrącone ostrze miało drewnianą, wytartą rękojeść, z licznymi nacięciami; Snake podniósł je i zatknął sobie za pas, po czym ostrożnie przestąpił nad ciałami czerwonoarmistów i dalej podążał kanałem do celu.
Szedł już tak kilka godzin; często słyszał kroki, jakby ktoś biegł, raz coś musnęło go w kark, ale gdy poświecił latarką – nie dostrzegł nic szczególnego. Nie wiedział z czym ma do czynienia – ale to coś osobiście zaszlachtowało dwóch ludzi i wywołało panikę u reszty oddziału… śmiertelną panikę. Chciał się z tym zmierzyć w otwartej walce – ale nie mógł, wszędzie zalegała ciemność, z rozświetlaniem której jego latarka z trudem dawała sobie radę. Widać to coś unikało otwartego starcia…
Dalsza droga była zawalona gruzami; nie dało się obejść sporej zwały gruzu. Snake musiał się cofnąć i, oświetlając latarką sklepienie, poszukać włazu prowadzącego na powierzchnię. Gdy zrobił już kilkanaście kroków z wzrokiem utkwionym w powale, ktoś zadał mu znienacka silny cios pięścią prosto w przeponę; Snake wypuścił latarkę i zgiął się w pół, i wtedy zainkasował kopnięcie w głowę. Jakieś chciwe dłonie gmerały przy jego pasie i poczuł, jak napastnik wyszarpuje zebrane wcześniej ostrze; Snake wymacał latarkę i zaświecił napastnikowi prosto w twarz. Postać skuliła się i odskoczyła, ale jeszcze zdążył spostrzec, z kim ma do czynienia. Płaszcz armii rumuńskiej, długie włosy i broda… szybko skojarzył, z kim ma do czynienia.
– Ty jesteś ten Vlad, prawda? – Snake rzucił pytanie w ciemność.- Potrafisz walczyć? Czy tylko straszyć!? – Snake próbował sprowokować przeciwnika do otwartego ataku. Rozglądał się omiatając snopem światła ściany kanału, ale nic nie dostrzegł; widocznie przeciwnik się oddalił. Ponownie skierował latarkę na właz i tylko własnemu instynktowi zawdzięczał życie; odskoczył, gdy uczepiony sufitu Vlad spadł na niego z wysuniętym przed siebie ostrzem. Snake zdążył jeszcze kopnąć go w locie; wypuścił swój własny nóż z rękawa i wbił go Vladowi prosto w serce. Pisk wbił się tysiącami igieł w uszy Snake’a; osłonił głowę rękoma i odwrócił się od Vlada, byleby tylko ten hałas zelżał, ustał! Nagle wszystko ucichło, a Snake ostrożnie się odwrócił z zamiarem wyrwania ostrza z ciała przeciwnika i udania się w dalszą drogę. Znalazł tylko swój nóż.
Ciało rumuńskiego żołnierza zniknęło; Snake ostrożnie dotknął swojego noża. Był ciepły, żeby nie powiedzieć: gorący. Jeszcze przez parę minut kluczył w pobliżu miejsca, gdzie zaatakował go Vlad, ale nie znalazł nic; żadnych śladów krwi, odcisków butów, czegokolwiek.
Nie mogąc zrobić nic więcej, otworzył właz, rozejrzał się ostrożnie czy nie ma nikogo w pobliżu, po czym ruszył w dalszą drogę. Za godzinę ruiny miasta Stalingrad miały zostać oświetlone przez pierwsze, słabe promienie słońca.
-7-
Tam, gdzie pojawiają się dwie ścierające ze sobą siły, zawsze pojawiają się jednostki pracujące na dla obu stron. Zdrajcy, podwójni szpiedzy… volksdeutche. Przeglądając późniejsze notatki o Konradzie Borkowskim z oddziału „Gespenst” spodziewałem się, że będę czuł tylko obrzydzenie do kogoś tak fałszywego, ale – ze zdziwieniem dla samego siebie – jedyne co czułem, to żal. Żal i współczucie.
***
Snake już rozpoznawał coraz wyraźniej widoczne kontury fabryki „Barrikady”, a to znaczyło, że zmierza w dobrym kierunku i przebył w miarę bezpiecznie około dwóch trzecich drogi do fabryki traktorów.
Miasto było coraz bardziej zrujnowane i marsz stawał się coraz trudniejszy – Snake zaczął powoli myśleć, że do końca dnia nie dotrze do celu. Coraz częściej musiał zbaczać z najprostszej drogi by ominąć zawalone dzielnice i wrogie oddziały i był zmuszony wybierać boczne ścieżki między budynkami. Gdyby ktoś obserwował z lotu ptaka trasę wędrówki Snake’a to gołym okiem by spostrzegł, że zbacza on coraz bardziej w stronę fabryki „Barrikady”.
Snake czuł, że coś jest nie tak; często mógł usłyszeć nawoływania dowódców, szybkie kroki, strzały, czasem tuż obok niego wybuchał bitewny zgiełk. Natomiast już od kilkudziesięciu minut było cicho, jakby wszedł do dźwiękoszczelnego pomieszczenia, co w mieście będącym areną walk jak obecnie Stalingrad, była to sytuacja niebywała. Żadnych huków, strzałów, nawet charakterystycznego terkotu kukuruźników, małych radzieckich samolotów zwanych przez Niemców „maszynami do szycia”… Tak jakby wszedł w jakąś martwą strefę i brnął przez nią do jej jądra… zganił się w myślach za te idiotyczne myśli i wychynął ostrożnie zza rogu domu; oniemiał. Przypadkiem czy też nie przypadkiem, widział przed sobą upiorny kształt fabryki „Barrikady”, której ściany bomby wystrzępiły w przerażające kształty, których ostrych brzegów nie mogły złagodzić nawet pokazujące się leniwie pierwsze promienie słońca. Nikogo nie było w pobliżu. Snake szybko przypomniał sobie mapę Stalingradu; mógł obejść fabrykę od wschodniej strony, przedrzeć się przez dalej istniejące hale produkcyjne i dojść do torów, które z kolei doprowadziłyby go do fabryki traktorów. Zresztą powrót i wyszukiwanie nowej drogi mogło zająć zbyt wiele czasu. Ruszył przed siebie.
Widział tylko porzuconą broń, co odróżniało ten teren od reszty Stalingradu, gdzie trupów było bardzo dużo; tutaj nie było widać śladów walki, dziur po kulach i zakrzepłych plam krwi na ścianach. Tutaj było czysto…
Doszedł do rozbitych wrót prowadzących do hali fabryki. Wewnątrz zwisały smętnie nieczynne żurawie, stały obudowy zdemontowanych i ewakuowanych maszyn, tworząc trudny, ale możliwy do przejścia labirynt, jak ocenił Snake. Ostrożnie wkroczył do środka.
Gorący podmuch owionął mu twarz; skojarzyło mu się to z otworzonymi na chwilę drzwiczkami pieca. Przystanął i rozejrzał się wkoło, ale nic nie dostrzegł, więc tylko wzruszył ramionami i poszedł dalej.
Przebrnął mniej więcej przez połowę hali; na nieco większym placu w labiryncie maszyn postanowił na chwilę usiąść i odpocząć. Wyciągnął z jednej z wewnętrznych kieszeni swojego kombinezonu paczkę racji żywnościowych i zaczął powoli przeżuwać jej zawartość.
– Czy wiesz, że w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau ludzie są w stanie zabić za porcję mniejszą niż twoja?
Zerwał się na nogi i jednocześnie odwrócił się. Za nim stał niski człowiek w okularach, w czarnym kapeluszu i czarnym płaszczu. Ręce założył za plecami, jakby przeprowadzał inspekcję i sprawdzał stan maszyn w tej fabryce, a Snake złapał się na głupiej myśli, że ten człowiek zaraz wyjmie zza pleców notatnik i zacznie w nim notować. Wrażenie spokojnego, podstarzałego urzędnika psuły jednak przepaski na ramionach: na prawym była to swastyka, właściwa gestapo, na lewym mężczyzna nosił gwiazdę Dawida, którą zakładano zamykanym w gettach Żydom, skazanych tam na zagładę. Kondrad Borkowski. Gestapolnisch.
Pochwycił on wzrok Snake’a, utkwiony w jego przepaskach i odrzekł spokojnym głosem:
– Ciekawe, nieprawdaż? Żydowski symbol na lewy ramieniu, od serca, swastyka na prawym, od rozumu. Jesteś ze Stanów, tak? – bardziej stwierdził niż zapytał Gestapolnisch.
– Ty jesteś Konrad Borkowski…
– No powiedz moje przezwisko, nie wstydź się – mężczyzna w czarnym płaszczu zachęcał Snake’a niczym łagodny uczeń dopinguje nierozgarniętego ucznia.
– Gestapolnisch… jedyny Polak w gestapo… dlaczego…?
– Więc ty jesteś pierwszym, który zadał mi pytanie „dlaczego”… – Gestapolnisch zniknął tak nagle, że Snake zamrugał parę razy oczami żeby się upewnić, czy dobrze widzi.
– Chcieli moich umiejętności, bardzo chcieli… – Borkowski odezwał się, tym razem zza pleców Snake’a. – Moja matka jest żydówką… – wskazał na lewe ramię. – Zabrali ją do obozu pracy w Oświęcimiu-Brzezince. Ciągle żyje… zabiją ją, jeśli nie będę robił tego, co mi każą. – Zacisnął prawą dłoń w pięść.
– Służysz mordercy? Hitlerowi? Pomagasz mu zdobyć nową broń, Metal Geara?
– Lepszy on niż Stalin! – wybuchnął Gestapolnisch, przeteleportował się na żuraw nieczynnej już maszyny. – Hiler jest mordercą, niszczy ciała ludzi… – cichy trzask i głos znowu dobiegał z innego miejsca – …pali je w piecach, czuję ten żar (trzask) ale Stalin niszczy ludzkie dusze! (trzask) każe ludziom zamieniać się w zwierzęta, zamyka w kołchozach, zsyła głód… (trzask) morduje miliony ludzi wmawiając im, że to dla ich dobra! (trzask) nawet tutaj każe własnym ludziom strzelać w plecy, jeśli nie będą biegli tam, gdzie on im każe (trzask) i ja mam zamiar pomóc Hitlerowi zdobyć Metal Geara i zakończyć panowanie Stalina na tym kontynencie. – Ostatnie zdanie Gestapolnisch wypowiedział Snake’owi prosto w twarz, nagle się przed nim materializując.
– Dlaczego nie przekażesz Metal Geara nam?
– A jaką mi dacie gwarancję, że nie dopuścicie się za jego pomocą ludobójstwa? Tą bronią można zniszczyć nawet cały świat, z tego co mi wiadomo…
– Jeśli dasz Hitlerowi Metal Geara, to światowe ludobójstwo odbędzie się na pewno. – Wycedził zimno Snake.
– Hitler nie stanowi dla mnie przeszkody. – Gestapolnisch przeteleportował się ponownie na szczyt żurawia, tym razem zwisał z niego głową w dół, po czym – unosząc się w powietrzu – powoli opadał ku ziemi.
– Ty zresztą także, Snake. Nie przejdziesz!
Snake błyskawicznym ruchem wyciągnął pistolet i oddał kilka strzałów, ale Borkowski już był gdzie indziej; kule przeszyły powietrze i zrykoszetowały od żurawia. Został podcięty i upadł ciężko, starając się nie wypuścić z rąk pistoletu. Skulił się i odturlał w bok; zastanowił się dlaczego jeszcze żyje i uznał, że to dzięki dziwactwu Gestapolnischa, który widać brzydził się bronią palną. Próbował oddać strzał z pozycji leżącej, ale Borkowskiego już tam nie było. Jednym susem podniósł się na nogi i przylgnął plecami do obudowy maszyny; zadudniło głucho. Snake’a znowu owionął ciepły podmuch i zauważył, że Gestapolnisch pikuje na niego z góry; w ostatniej chwili odskoczył, ale gorący podmuch jakby przybrał na sile tuż przed zetknięciem się z wrogiem i oparzył twarz Snake’a.
Wbiegł między maszyny sądząc, że tam wróg będzie miał mniejsze pole manewru.
– Widzę cię, Wężu! – Snake stanął i zobaczył, jak Gestapolnisch unosi się wysoko wśród dźwigarów utrzymujących resztki stropu fabryki, jak promienie słońca oświetlają jego sylwetkę. – Ja nie używam brutalnych metod, jak moi koledzy z oddziału… – powiedział jakby do siebie – wolę estetyczniejsze rozwiązania!
Potężny kawał obudowy uniósł się z oporem w powietrze; Gestapolnisch poruszył rękoma i skierował kawał metalu w miejsce, gdzie stał Snake. Ten zmuszony był zawrócić do większego placu pomiędzy żurawiami, za jego plecami zadudnił potężnie upuszczony kawał obudowy.
Snake wycelował w miejsce pod sufitem gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się wróg, ale usłyszał jego głos tuż za sobą.
– Nie wygrasz. – Odwrócił się i zainkasował silne uderzenie w twarz; Borkowski musiał wzmocnić swoje uderzenie mocą telekinetyczną. Snake zatoczył się do tyłu i ponownie uderzył w obudowę żurawia; znowu ten głuchy dźwięk.
– Przebiję cię na wylot. – Oświadczył spokojnie Gestapolnisch. Uderzył i Snake’a ponownie uratował tylko jego refleks; pięść Borkowskiego przeszła na wylot przez grubą, metalową obudowę maszyny.
Ale coś zwróciło uwagę Snake’a; obudowa dudniła i była pusta w środku, mogła stanowić dobrą ochronę…
Obiegł żuraw i rzeczywiście, były tam drzwiczki, które pewnie służyły konserwatorom do sprawdzania stanu maszynerii. Otworzył je kopniakiem i wgramolił się do wnętrza. Miał wrażenie, że chowa się jak szczur, ale nie widział w tej chwili innego ratunku, potrzebował chwili na złapanie oddechu i zebranie myśli.
– Wyciągnę cię spod twego kamienia, Wężu. – Tym samym spokojnym, pozbawionym emocji głosem Gestapolnisch usiłował przestraszyć Snake’a, lecz ten nie miał zamiaru wychodzić z wnętrza obudowy maszyny. Poczuł dygotanie całej konstrukcji, jakby Borkowski próbował poruszyć siłą woli cały żuraw, ale widać nie dało to rezultatu. W ciasnej komórce martwej maszyny, gdzie przedtem znajdował się potężny, spalinowy silnik, Snake przygotowywał się do rozstrzygnięcia walki. Spodziewał się, jaką metodę zastosuje Gestapolnisch i był na to przygotowany.
Pierwszy cios przebił obudowę dwa centymetry nad głową Snake’a; gdyby ten się nie schylił, najprawdopodobniej już by nie żył. Kolejny cios przebił obudowę i kolejny; czwartego już nie było.
Gdy pięść Borkowskiego wleciała tuż obok ramienia Snake’a, ten ją momentalnie chwycił i przebił nadgarstek na wylot nożem. Z przeciętej tętnicy chlusnęła krew; Gestapolnisch nie mógł wyciągnąć ręki z przebitej obudowy nie ryzykując utraty dłoni, tak szerokie było ostrze noża.
Krew buchała obficie; Snake wygramolił się z ciasnego pomieszczenia i obszedł żuraw, by spojrzeć swojemu przeciwnikowi w oczy. Borkowski zbladł na twarzy; Snake wiedział, że będzie się on tak wykrwawiał jeszcze parędziesiąt minut.
– Jaką… – zaczął trzęsącym się głosem Gestapolnisch – jaką dajesz gwarancję, że Stany Zjednoczone nie użyją… Metal Geara… by mordować?
– Nie mogę jej dać, tak samo jak i ty nie możesz powstrzymać Hitlera… oszukiwałeś sam siebie myśląc, że mógłbyś go powstrzymać, a nie potrafisz uwolnić własnej matki z jego rąk… – słowa Snake’a były gorzkie, ciężkie, prawdziwe. Borkowski nic nie odpowiedział. Oparł głowę o obudowę żurawia i czekał na śmierć, Snake zaś ruszył ku fabryce traktorów, nie oglądając się więcej za siebie.
Ostatnie słowa Borkowskiego brzmiały:
– Vorstand…! Jesteś już…
Kilkanaście minut później wykrwawił się na śmierć.
-8-
Gdybyśmy tylko wiedzieli…
***
Snake widział już leżący na obrzeżach Stalingradu budynek fabryki traktorów. Ścisnął mocniej klucz do hangaru; na chwilę przebiegła mu przez głowę głupia myśl, że może się spóźnił, że tam już nic nie ma. Że albo Rosjanom udało się odzyskać swoją broń i już lada moment jej użyją w boju, albo hitlerowcy właśnie rozbijają właz i wchodzą do środka… choć z daleka Snake nie był w stanie zobaczyć dokładnie, czy ktoś znajduje się w pobliżu fabryki, to mimo to przyśpieszył kroku. Paręnaście minut później już był na miejscu swojej wędrówki, przedzierania się przez zrujnowane miasto Stalingrad.
Słyszał odległe strzały, gdzieś po drugiej stronie placu trwała walka – ale Snake nie mógł sobie zaprzątać tym teraz głowy.
Przemknął się do wnętrza hali, odnalazł kanał maszynowy i zbiegł tam po resztkach schodów; odwalił kawałki gruzu i znalazł nienaruszony właz. Włożył otrzymany od profesora klucz i przekręcił; rozległ się dźwięk poruszanego mechanizmu i po chwili z cichym sykiem właz można było unieść. Snake ustawił kilka kamieni w umówiony z Cobrą wzór i wetknął pod nie klucz do włazu. Cobra… wrócił do niej na chwilę myślami, zastanowił się, jak sobie radzi. Ale nie było czasu; wszedł do środka hangaru i zamknął za sobą klapę.
Wnętrze stanowiło idealny kontrast wobec krajobrazu zrujnowanego Stalingradu; sterylnie czysty korytarz prowadził do futurystycznie wyglądających drzwi. Snake zauważył, ile przyniósł na sobie pyłu – gdyż podłoga była idealnie czysta. Szedł tak chwilę przez prosty układ korytarzy, pomieszczeń i laboratoriów badawczych – do hangaru z Metal Gearem na szczęście prowadziły namalowane na ścianach strzałki i porozwieszane tu i ówdzie mapki orientacyjne. Snake nie mógł wyjść z podziwu jak można było to wszystko zbudować, utrzymawszy to w tajemnicy; nie pomyślał, że wszyscy budowniczowie i projektanci tego hangaru nie dość, że nie znali przeznaczenia budowli, to na dodatek już dawno wszyscy zginęli na froncie od kul wroga bądź na Syberii, od głodu i zimna.
W końcu dotarł tam, gdzie zamierzał; kolejny korytarz prowadził – wedle mapek – do właściwego miejsca przechowywania Metal Geara. Wiedział, czego się spodziewać; zbierając wszelkie materiały, dane, specyfikacje i tym podobne po laboratoriach miał już wyobrażenie Metal Geara jako wielkiego, humanoidalnego konstruktu z podczepioną na plecach wyrzutnią rakiet o niespotykanej mocy. Oparł się o ścianę korytarza i odetchnął ciężko; wyciągnął jedną z ostatnich racji żywnościowych i zaczął jeść. Powoli opadało na jego barki zmęczenie wszystkimi przeszkodami, które musiał pokonać w drodze tutaj… przeszkodami? Borkowski, Gestapolnisch… zastanowił się, po co właściwie tak bardzo rząd USA chce odebrać Metal Geara Stalinowi i Hitlerowi. Żeby chronić świat, to oczywiste. Ale dlaczego priorytetem jest porwać plany broni? To chyba oczywiste, żeby zbudować coś, co będzie stanowić przeciwwagę dla armii Stalina… ale ten może opracować coś potężniejszego i znowu będziemy zmuszeni się ścigać… ktoś kiedyś przegra w tym wyścigu zbrojeń albo – jeśli ten się zakończy – zostaniemy ze stertami niebezpiecznej broni… Usłyszał kroki.
Widział z daleka szary kombinezon Cobry, tak podobny do jego własnego; serce mocniej zabiło mu na jej widok. Jej też się udało, jest cała i zdrowa! Wyszedł naprzód i rozłożył ręce w geście powitania; Cobra wycelowała w niego broń.
– Przecież… to ja, Snake! Nie poznajesz mnie?
– Doskonale cię poznaję. Przez ostanie siedemnaście godzin zabiłeś cały mój oddział, „Gespenst”.
– Tw… twój oddział?
– Zostałam mianowana Vorstand podczas mojego wyjazdu do rodziny w Europie, pamiętasz?
– Ale… jak…
– Pobicie rekordów wszystkich testów sprawnościowych. Na pewno nie dzięki wstawiennictwu tatusia – uśmiechnęła się lekko.
– Przecież twój ojciec… opuścił twoją rodzinę…
– W 1912 roku, zgadza się. Przedłożył nad uczucia obowiązek wobec rodziny i wrócił służyć ojczyźnie! Niemcom… Brał udział w odbudowywaniu kraju i został przez Hitlera doceniony za swoje zasługi. Zawsze go za to podziwiałam… i gdy poczułam się na tyle silna, by mu dorównać, odwiedziłam go. I zostałam przywódczynią specjalnego oddziału… który działał dzięki wskazówkom, które im przekazywałam. Ale teraz… ojczyzna mojego ojca odrodzi się i zajmie należne miejsce w hierarchii, z której zostali okradzeni podczas pierwszej wojny światowej. Dam im Metal Geara…
– Cobra… nie mogę na to pozwolić…
– Nie jestem Cobra… jestem Vorstand! Zapamiętaj do końca życia… czyli przez najbliższe dziesięć sekund.
Strzał.
Refleks ponownie uratował Snake’owi życie, a przynajmniej tym razem uratował go przed śmiercią; kula przeszyła prawe ramię. Upadając, sięgnął lewą ręką po swój pistolet i usiłował wystrzelić, ale Cobra już zniknęła za załomem korytarza do hangaru, gdzie był Metal Gear; Snake wiedział, że musi ją pokonać, by wykonać zadanie.
Nie wbiegł przez drzwi gdyż spodziewał się, że Cobra-Vorstand zaczaiła się tuż za drzwiami; chciał wyciągnąć swój nóż i przypomniał sobie, że jego wierne ostrze nadal tkwi tam, gdzie je wbił, czyli w nadgarstku Gestapolnischa. Został mu tylko pistolet i siła własnych ramion.
Chwycił stojące obok drzwi krzesło i rzucił je w lewo od drzwi; pamiętał, że Cobra na treningach zawsze ustawiała się po tej stronie. Miał rację; stłumiony okrzyk zaskoczenia, brzęk wypuszczanej broni. Wyskoczył za róg trzymając w wyciągniętych rękach swój pistolet, ale ten został wytrącony szybkim kopnięciem; Cobra chciała poprawić drugim szybkim kopniakiem – tak często trenowanym! – ale Snake nie miał problemów z zatrzymaniem tego uderzenia.
Wymiana ciosów trwała długo, ale nie przynosiły one rezultatów; w końcu każde znało się doskonale i przewidywało swoje ruchy. Jednak to Snake – w wyniku zmęczenia i rany ramienia – zaczął szybciej opadać z sił.
– Zmęczony? – kpiąco zapytała Cobra.
– Cobra… jak mogłaś nas tak długo oszukiwać?
– A dokładniej: ciebie oszukiwać? Jak widzisz, mogłam. Nie było to łatwe… – chwila zawahania w jej głosie – ale mogłam! Doszłam tak daleko i już nie mogę się wycofać! – Wyrzuciła ręce przed siebie szykując się do chwytu i – gdyby ten doszedł do skutku – gotowa skręcić Snake’owi kark. Snake zauważył, że jej prawa ręka jest jakby czymś obciążona; postanowił wykorzystać ten fakt. Skoczył do przodu, całym ciężarem ciała uderzając w Cobrę i wykorzystując ten moment zaskoczenia chwycił ją za prawy nadgarstek. Wyczuł tam twardy przedmiot i już wiedział, z czym ma do czynienia – doskonale znanym ruchem uwolnił zapadkę noża, taką samą, jaką sam posiadał w rękawie, wyszarpnął ostrze i jednym ruchem ciął na odlew; włożył w tą sekwencję ruchów resztkę swych sił i upadł na plecy.
Cobra trzymała się za rozpłatany brzuch, upadła na kolana; wytrzeszczonymi oczami spoglądała na Snake’a.
– David… gdyby to mogło się potoczyć inaczej…
– Mogło… sama wybrałaś swoją drogę…
– Wybrałam, to prawda… gdybym tylko mogła przewidzieć… albo gdybyś ty wybierał… – nie powiedziała już nic więcej. Upadła na bok i w takiej pozycji umarła.
-epilog-
– Gratulacje, Snake…
– Dziękuję, panie prezydencie.
– Plany zostały przekazane naszym technikom… dobrze, że pozbyłeś się tego prototypu, Stalin musiał szaleć z wściekłości gdy dowiedział się, że po hangarze został tylko lej w ziemi… A Hitler dwa miesiące potem odciął się od swojej armii… ale to już nie nasza sprawa.
– Panie prezydencie… – Snake nie podnosił głowy.
– Czy może pan złożyć obietnicę, że… Metal Gear… jego wyposażenie… nie zostanie użyte do mordowania niewinnych ludzi…?
– Niewinnych… – prezydent Roosevelt zamyślił się i milczał dłuższą chwilę. – Nie jesteśmy III Rzeszą ani Związkiem Radzieckim. Nie ma na terenie naszego kraju obozów pracy, lagrów czy łagrów… Nie napadamy, nie grabimy. Tak… odpowiadając na twoje pytanie… mogę ci to obiecać.
– Dziękuję, panie prezydencie… bardzo dziękuję. Teraz… teraz wiem, że te wszystkie straty… śmierć… nie poszły na marne. Może dzięki temu, że wykradłem Metal Geara… nasz świat będzie trochę bezpieczniejszy, jak pan sądzi, panie prezydencie…?
– Wierzę w to, synu.
***
Ostatni raz o Snake’u usłyszałem dwunastego sierpnia 1945 roku, była to wieść o jego niespodziewanym zniknięciu z koszar. Więcej o nim, a przynajmniej o traperze z podbiegunowych rejonów Alaski, nie usłyszałem. I muszę przyznać… że nic a nic mu się nie dziwię. Prezydent Roosevelt zmarł z powodu krwotoku mózgowego 12 kwietnia 1945 roku, następny po nim był wiceprezydent Harry S. Truman. 6 i 9 sierpnia zrzuciliśmy bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki; nieco mniej zabójcze pociski miał nosić na swym grzbiecie Metal Gear, którego zresztą nie udało nam się zbudować jeszcze przez dziesięciolecia; za to plany, które wykradł Snake, bardzo pomogły naukowcom biorącym udział w Projekt Manhattan. Właściwie wytworzenie i udane testy broni atomowej bez pomocy ze strony dokumentów dostarczonych nam przez Snake’a znacznie opóźniłoby się w czasie.
Również deklaracje Trumana doprowadziły formalnie do zimnej wojny i wyścigu zbrojeń, co miało się jeszcze mścić po wielu latach.
Tak, nie dziwię się Snake’owi, wszystko, co przeżył w Stalingradzie, cały ból wszystkich, których tam musiał pokonać, zabić, te setki tysięcy żołnierzy, które tam zginęły z woli swoich dowódców, to wszystko ciążyło na Snake’u i nie miał on już oparcia w tym, że przysłużył się ochronie życia ludzkiego… wydarzyło się coś dokładnie odwrotnego.
Z miliona żołnierzy armii hitlerowskiej walczących pod Stalingradem, obecnie zwanym Wołgogradem, do niewoli dostało się 107 tysięcy żołnierzy. Do domów wróciło ich zaledwie 6 tysięcy. Tyle istnień ludzkich po zaledwie jednej tylko stronie… Snake nosił cały ten ciężar.
Co się z nim stało? Nie mam pojęcia. Może się zabił, może zdradził i uciekł na służbę do obcego mocarstwa, a może… zaszył się gdzieś w niedostępnych rejonach Alaski i wrócił do swojego pierwotnego trybu życia… poluje, walczy o przetrwanie… Oby w tym jakże prostym świecie znalazł ukojenie. Oby wszyscy jego następcy, którym przyjdzie powtarzać jego zadanie, kiedyś w końcu mieli możliwość odpocząć.
17.IV.2005 – 30.IV.2005
Mariusz Saint








Jeszcze nie komentowane.