W drugim odcinku serii recenzji napisanych przez samego Hideo Kojimę, nasz znawca wyjawia źródła inspiracji dla motywu infiltracji terenu wroga wykorzystanego w Metal Gear Solid. Niniejszy artykuł został opublikowany w ekskluzywnym magazynie Official Playstation Magazine 2.

Jak zapewne pamiętacie, poprzednia moja recenzja traktowała o filmie Wielka Ucieczka, który, jak już wspomniałem, stał się dla mnie największą inspiracją do stworzenia Metal Gear Solid i zawarcia w nim motywu ukrywania się. Jak sugerował sam tytuł, główną osią fabuły była ucieczka z terenu wroga. Jednak MGS nie jest grą, która skupia się jedynie na tym. Metal Gear Solid to przede wszystkim infiltracja. Doświadczanie na własnej skórze trudu przedostawania się do miejsca, z którego w normalnej sytuacji chciałbyś uciec jak najdalej. Infiltracja… zniszczenie… ucieczka. Według tego schematu działa MGS.

Główny pomysł na gameplay, unikalny dla całej serii – staranie się nie zostać odnalezionym przez tych, którzy próbują Cię znaleźć – wywodzi się właśnie z Wielkiej Ucieczki. A skąd wzięła się idea infiltracji terenu wroga? Odpowiedź brzmi: Działa Navarony. Jest to mój drugi w kolejności ukochany film, jaki wybrałem do tej kolumny, a który również odegrał bardzo istotną rolę w narodzinach MGS.

Działa Nawarony ukazały się w 1961 roku, na długo przed premierą Wielkiej Ucieczki i moimi narodzinami. Pierwszy raz obejrzałem film w telewizji. Uczęszczałem chyba jeszcze wtedy do szkoły podstawowej. Byłem zachwycony filmem! Od tamtego czasu, zawsze, kiedy nadawano go w telewizji, ani razu nie opuściłem seansu. Za każdym razem, kiedy tylko go oglądam, nieważne czy jest to 5. czy też 20. raz, z nerwów pocą mi się dłonie. Podobnie jak Wielka Ucieczka, tak i Działa Navarony plasują się na jednym z najwyższych miejsc mojej osobistej listy 30 najlepszych filmów wszechczasów. To prawdziwy klasyk, który powinien zostać przekazany przyszłym generacjom.

Fabuła filmu rozgrywa się w czasach II. Wojny Światowej. Alianci planują tajną operację ocalenia ponad 2000 żołnierzy z jednej z śródziemnomorskich wysp. Głównym celem misji jest infiltracja wyspy Navarone i zniszczenie dwóch potężnych dział zbudowanych przez Niemców w przeciągu czterech dni. Do przejęcia fortecy otoczonej wysokimi klifami zostaje wyznaczonych 6 profesjonalistów. Przeżywają oni burze na morzu, wspinają się po stromych urwiskach, opiekują się rannym przywódcą, stawiają czoła buntującemu się sprzętowi i zdrajcy, który okazuje się być w ich szeregach, pamiętając równocześnie o tym, że ich czas jest ściśle ograniczony i szybko ucieka… Czy to krótkie streszczenie historii samo w sobie nie brzmi ekscytująco?

Brytyjski reżyser J. Lee Thompson wykonał wspaniałą pracę, sprawiając, że film jest jeszcze lepszy. W tamtych czasach efekty specjalne, jakie wykorzystano w scenie burzy, były czymś naprawdę wyjątkowym. Atakujące fale i niezmierzone ilości wody wdzierające się na statek robiły olbrzymie wrażenie. Dynamizm tej sceny w niczym nie ustępował temu, co możemy zobaczyć w dzisiejszym kinie.

Nie można również zapomnieć o wspaniałej scenie infiltracji terenu wroga, która następuje zaraz po wspomnianym przeze mnie momencie. Od momentu, w którym łódź rozbija się o skalisty brzeg i bohaterowie zaczynają wspinać się po klifie, żaden z sześciu mężczyzn nie wypowiada ani słowa. Podczas tych kilkunastu minut bez dialogów i muzyki, jedyne, co słychać to bezlitosny wiatr, szum fal i deszcz. Cisza ta sprawia, że w widzu wzrasta niesamowite napięcie. Jest to według mnie jedna z najlepszych scen w historii kinematografii.

Kiedy nareszcie bohaterom udaje się dostać na szczyt, okazuje się, że jest on patrolowany przez jednostki wroga. Cisza, która do tej pory panowała pomiędzy kompanami, zostaje w tym momencie niezwykle efektywnie wykorzystana. Hałas wywołany rzuceniem przez Mallory’ego nożem, mający na celu odwrócenie uwagi strażnika, staje się dzięki temu zabiegowi wyraźnie słyszalny. Ucho przyzwyczajone do ciszy wychwytuje odgłosy z niesamowitą precyzją, a dźwięk upadającego przedmiotu rozlega się w Twoich uszach jeszcze długo po zakończeniu całej sceny. Połączenie motywu infiltracji i pułapki dźwiękowej ukazuje geniusz reżysera, dzięki czemu kolejna sekwencja, tak ważna przy narodzinach MGS, na stałe zapisała się w mojej pamięci.

Od czasu ukazania się Metal Gear Solid w 1998 roku, wciąż pytano mnie: Co zainspirowało Cię do stworzenia gry takiej jak MGS? Za każdym razem odpowiadałem: Jest taka scena w Działach Navarony, którą koniecznie chciałem przeżyć, zamiast jedynie oglądać. Dlatego właśnie postanowiłem stworzyć tę grę. Scena ta to moment, w którym Mallory chowa się za ścianą klifu i poruszając się alarmuje pobliskiego strażnika, który udaje się w kierunku, z którego usłyszał podejrzane odgłosy. Mallory jest o włos od bycia znalezionym. Pewnego dnia jeden z dziennikarzy zadzwonił do mnie i poinformował, że obejrzał dwukrotnie Działa Navarony i nigdzie nie znalazł podobnej sceny. Postanowiłem sam to sprawdzić. Obejrzałem film po raz kolejny i stwierdziłem, że dziennikarz miał rację!

Byłem szczerze zdumiony tym faktem. Okazało się bowiem, że scena, którą miałem na myśli to ta, kiedy Mallory celowo wywołuje hałas, aby zwabić do siebie strażnika. Źle zapamiętałem ten moment, prawdopodobnie dlatego, iż minęło sporo czasu odkąd ostatni raz oglądałem film. Jednakże w podświadomości pozostał mi sam pomysł wabienia strażników za pomocą dźwięku, co wykorzystane zostało w Metal Gear Solid.

Nie tylko reżyser Thompson wykonał kawał dobrej roboty. Również główny scenarzysta, Carl Foreman zasługuje na owacje. Na samym początku filmu pułkownik piechoty morskiej, który był pomysłodawcą planu misji, przyznał, że zadanie jest niewykonalne. Mężczyzna stwierdził, iż ochotnicy wysłani na tę misję idą na pewną śmierć, ale taka jest istota wojny i nic nie można na to poradzić. Jego okrutne słowa pozostają w umyśle widza i na każdym kroku, w ciągu całego filmu, przypominają, że tak naprawdę nie ma szans na to, ażeby operacja zakończyła się sukcesem. W scenie, kiedy mała łódź rozbija się o skały a bohaterowie ledwo uchodząc z życiem stają naprzeciwko klifu, na który mają się wspiąć, widz razem z postaciami tego dramatu mówi sobie w duchu: To nie może się udać! Emocje audiencji i bohaterów filmowych są idealnie zsynchronizowane. Foreman doskonale wiedział, co robi.

W ostatniej scenie, rozgrywającej się już po wykonaniu misji, widzimy Mallory’ego (granego przez Gregory Pecka) siedzącego na łodzi, obserwującego upadającą fortecę Navarone i mówiącego do siebie, że nawet on sam nie myślał, iż operacja się powiedzie. Jego uśmiech następujący zaraz po tych słowach wskazuje na to, jak dumny jest z tego, że był w stanie uczynić niemożliwe możliwym. Jest to jednocześnie pierwszy raz, kiedy Mallory uśmiecha się w Działach Navarony. Poczucie satysfakcji doprowadzenia niewykonalnej misji do szczęśliwego końca… doświadczenie tego, iż niemożliwe nie istnieje… to właśnie jest esencją tego filmu.

Element ten był dla mnie największą inspiracją. Poczucie spełnienia po infiltracji miejsca, do którego nikt inny by nie dotarł i wykonaniu zadania niemożliwego dla większości; pokonanie własnych słabości i uczynienie niemożliwego możliwym było tym, co pragnąłem by odbiorcy doświadczyli w mojej grze! Im bardziej surowe warunki środowiska, im trudniejsza misja i bardziej dynamiczna destrukcja, tym większe poczucie satysfakcji po zakończeniu zadania sukcesem. Taka struktura ideologii leży u podstaw serii MGS.

Są również i inne elementy, które zapożyczyłem z tej filmowej produkcji. Wystarczy spojrzeć tylko na kapitana Keitha Mallory’rego. Mężczyzna ten jest biegły w posługiwaniu się dwoma językami (greckim i niemieckim) i jest światowej klasy mistrzem wspinaczki wysokogórskiej. Niektóre z jego cech odzwierciedlają postać Snake’a. Niewykonalna misja, ukryta forteca, nieugięty wojownik o wielkiej odwadze i nieocenionych umiejętnościach oraz nowa, potężna broń zdolna zagrozić światu. Po napisaniu tej recenzji i obejrzeniu filmu raz jeszcze, sam zaskoczony byłem tyloma podobieństwami pomiędzy Działami Navarony a Metal Gear Solid.

Musicie wiedzieć o tym, że oprócz filmów jestem również wielkim pasjonatem książek. W czasach szkoły podstawowej przeczytałem chyba wszystkie kryminały Agathy Christie. W szkole średniej zaś zainteresowałem się tematyką science-fiction (Robert A. Heinlein, Arthur C. Clark etc.), aby później zapoznać się z powieściami przygodowymi. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy wszyscy zaczytywali się w powieściach Jacka Higginsa, Johna Le Carre czy Fredericka Forsytha, ja delektowałem się tytułami Alistaira MacLeana i Desmonda Bagley’a (High Citadel była moją ulubioną powieścią tego autora). Pierwszym dziełem przygodowym, które przeczytałem były właśnie Działa Navarony, a zrobiłem to już po obejrzeniu filmu. Moja pierwsza powieść science-fiction to Fantastic Voyage. Jak widać filmy miały bardzo duży wpływa na to, co czytałem. Jednak to, co naprawdę zaabsorbowało mnie światem literatury to seria o Columbo. Jeśli zaś chodzi o MacLeana, to prawie wszystkie z jego dzieł (HMS Ulysses, Where Eagles Dare) zostały w późniejszym czasie zekranizowane, jednak tylko Działa Navarony odniosły znaczący sukces.

MacLean zmarł w 1987 roku. W sierpniu 2001 i lipcu 2002 w Japonii ukazały się przetłumaczone kontynuacje serii o Navarone: Storm Force from Navarone oraz Thunderbolt from Navarone. Okładki tych dwóch książek zostały wykonane przez Noriyoshi Ohrai, który zajmował się również rysunkami dla Star Wars II: The Empire Strikes Back oraz ilustracjami do Premium Packa MGS2 wydanego w Japonii, który jest niezłą gratką dla miłośników serii. Te dwie powieści napisane zostały, za porozumieniem z MacLeanem oczywiście, przez brytyjskiego pisarza Sama Llewellyna. Mallory Miller i Andrea Stavros wspólnie wyruszają na misje zniszczenia nowych, niebezpiecznych broni. To niesamowicie ekscytujące powieści, które w niczym nie ustępują pierwszej odsłonie. Moim skromnym marzeniem jest ujrzenie kolejnego epizodu tej serii, w którym nasi bohaterowie stawiają czoła broni nuklearnej (a więc coś w stylu Metal Gear). Niemniej, osobiście bardzo serdecznie polecam powyższe tytuły wszystkim sympatykom Dział Navarony.

Przy okazji, moimi obecnymi faworytami wśród pisarzy są Stephen Hunter oraz Nelson CeMille. W pewnym stopniu seria MGS jest dorobkiem nie tylko inspiracji filmowych, lecz również literackich. Mam nadzieję szerzej rozwinąć ten temat w kolejnych moich recenzjach.