Krótka przygoda z zabijaniem

Nazywam się Jakub Zakaj, ale niektórzy mówią na mnie Zak, bądź po prostu Kuba. Opowiem Wam historię o tym, jak stałem się mordercą. Wydarzyło się to w grudniu 1999, a więc dawno temu… Miałem wtedy 17 lat. Zbliżały się ferie świąteczne, w związku z czym skracał się czas mojego oczekiwania na nową konsolę do gier – PlayStation. Atari i MSX zdążyły się już postarzeć, a ja bardzo pragnąłem w końcu doświadczyć na własnej skórze wrażeń związanych z grafiką 3D.
Byłem niezwykle niecierpliwy. Od zawsze emanowały ode mnie emocje. Czy to książka, czy film, niemal ciągle miałem wrażenie bycia naocznym świadkiem przedstawionych tam wydarzeń. Zdarzało mi się płakać za zmarłymi bohaterami, pałać nienawiścią do ich okrutnych przeciwników, czy przerazić się popełnionymi morderstwami. Jedynie w horrory trudno było mi się wczuć, nawet pomimo kilku stanów przedzawałowych. Wydały mi się wówczas takie sztuczne.
Chcę Wam opowiedzieć o tym, jak wielki wpływ na mnie miała (a w zasadzie nadal ma) seria Metal Gear Solid. Zamiast jednak próbować zlepić urywki wspomnień w jedną spójną całość, przedstawię swój pamiętnik z czasów, kiedy wrażenia były jeszcze świeże.

Piątek 17. 12. 1999.

Powoli zbliżały się święta, a wraz z nimi upragniony czas wolny. W szkole o niczym innym się teraz nie myśli. W trakcie rozmowy z kolegami z rozmarzeniem w oczach opowiadaliśmy o tym, co chcielibyśmy znaleźć między zielonymi igłami drzewka choinkowego za kilka dni. Mnie zamarzyła się nowa konsola, PlayStation. Atari i MSX odeszły w niepamięć, nadszedł czas na coś zupełnie nowego; na coś, co dostarczy znacznie głębszych wrażeń. Zamówiłem ją sobie jako prezent gwiazdkowy, dzięki czemu rodzice dołożyli pomocną rękę do tego przedsięwzięcia. Teraz zamierzam przejrzeć sobie prasę branżową. Najwyższy czas się wkręcić.

Sony PlayStation – 32-bitowa konsola do gier video wyprodukowana w Japonii przez firmę Sony, zaprojektowana przez Kena Kutaragiego. Premierę systemu datuje się na dzień 3. grudnia 1994 roku, kiedy to pierwsze egzemplarze trafiły na półki japońskich sklepów. Ponad pół roku później, 9. września 1995 roku, konsola ukazała się w Stanach Zjednoczonych, a 29. września tego samego roku – w Europie. Sprzęt ten niósł ze sobą rewolucje w postaci nośnika CD i możliwości generowania grafiki 3D, udogodnień niedostępnych wówczas na konkurencyjnych konsolach. Nie trzeba chyba dodawać w jak znaczącym stopniu zwiększało to głębię doznań wynikających z obcowania z grami. Wtedy to rozpoczęła się zupełnie nowa era, która trwa po dziś dzień. Gry stały się dużo bliższe filmom, rzeczywistości i przede wszystkim… nam.

Sobota 18. 12. 1999.

Przejrzałem w sklepie magazyny o tym i owym. Napotkałem na ten tytuł – Metal Gear Solid. Wszyscy bardzo go zachwalają. Grałem w poprzednią odsłonę na MSXie, w sumie całkiem niezła gra. Czyżby powróciła jako wielki hit? Już po przebudzeniu się rano dobrze wiedziałem, że musze ją mieć. Nie tylko dlatego, iż śniło mi się, jak skradałem się po bazie wojskowej otulonej śniegiem i brałem udział w strzelaninie… Spróbuję ubłagać rodziców o przedwczesny prezent. Potem zaś pójdę po kumpli. Nadszedł czas na śnieżną wojnę.

Metal Gear Solid jest grą, te zaś rządzą się swoimi własnymi prawami, podobnie jak literatura czy film. Gry mają na celu dostarczenie określonych doznań do jak największej grupy odbiorców. MGS to gra akcji, a najczęstszą atrakcją, na jaką napotykamy w tym gatunku jest uśmiercanie kolejnych przeciwników na mniej lub bardziej wyszukane sposoby. Metal Gear Solid wyróżnił się jednak pod pewnym względem i stał się jednym z prekursorów nowego gatunku – action-stealth (tłum. dosł. – akcja-podstęp), znanego również jako gra szpiegowska bądź bardziej potocznie – skradanka. Uważam, iż samo nastawienie gry na skradanie się to nie jedyna rzecz, jaka wyróżniła MGS na tle pozostałych tytułów. Moim zdaniem decyduje o tym także podejście do kwestii śmierci. Czym jest w tej grze postrzelenie przeciwnika, upuszczenie mu krwi i trzask łamanej kości? Hideo Kojima postarał się, aby były one właśnie tym, czym są w rzeczywistości. My, gracze, mieliśmy to wyraźnie poczuć; zaangażować się emocjonalnie.

Niedziela 19. 12. 1999.

Udało się! Przekonałem rodziców i jutro wspólnie wybieramy się na mały rajd po sklepach. Rano byłem w kościele, by pomodlić się o spokojne i klimatyczne święta. Uwielbiam Boże Narodzenie. Co roku rodzina zjeżdża się w określonym miejscu. Tym razem na nas przypadła kolej. Oczywiście będę pomagał w przygotowaniach, dlatego przygodę z grą zamierzam pozostawić sobie na krótkie wieczory. Lubię się dobrze wysypiać.

Poniedziałek 20. 12. 1999.

Właśnie leży obok. Po powrocie ze szkoły wybraliśmy się na umówiony wcześniej rajd po odpowiednich sklepach i serwisach. W ogóle nie potrafiłem skupić się w szkole na ostatnich lekcjach, mając tę świadomość, iż dzień skończy się już z konsolą w moich rękach. Teraz stoi spokojnie wraz z grą i czeka na odpowiedni moment. Musiałem o tym napisać, bo mam przeczucie, że później nie będę miał ku temu okazji. Jest pełnia. Tłusty, jasny, otoczony śnieżnymi chmurami księżyc. Zobaczmy…

Wtorek 21. 12. 1999.

Kolejny raz brakowało mi koncentracji na lekcjach. Nie tylko dlatego, że dzień wcześniej miałem przed oczami tę trójwymiarową grafikę, a w uszach klimatyczną muzykę i dialogi niczym z filmu; nie dlatego, że towarzyszyło mi ogólne przeświadczenie o tym, że będą to ciekawe święta. Po prostu pierwszy raz od bardzo dawna nie wyspałem się. Hej, ale czy to takie dziwne, kiedy przeżywa się kompletnie nową erę w dziale życia zatytułowanym rozrywka? Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nawet nie rozpocząłem jeszcze na dobre swojej przygody. Zaraz po świetnym intro towarzyszącym grze, zdecydowałem przyjrzeć się bliżej menu. Zajrzałem do działu briefing myśląc, że zorientuję się trochę w sytuacji. Trzeba przyznać, że przerosło to wszelkie moje oczekiwania. Zanosi się na długą historię – pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do zobaczenia w menu, poczułem się zupełnie pobudzony do rozpoczęcia właściwej historii. Zauważyłem jednak wtedy kolejne opcje. Tajemnicze misje VR pobudziły moją wyobraźnię i nasunęły skojarzenia z Matrixem. Natknąłem się jeszcze na dział special, w którym przeczytałem o tym, co wydarzyło się w Metal Gear 2. Niestety, grałem jedynie w Metal Gear 1. Dziwne wydało mi się to, że druga odsłona nie ukazała się w wersji anglojęzycznej. Po przeczytaniu tekstu postanowiłem podszkolić się jeszcze w wirtualnej rzeczywistości. Kiedy ukończyłem serię misji z bronią, przestraszyła mnie późna godzina – na zegarku widniała już 01:15. Zazwyczaj przed godziną 22:00 odkładam książkę na szafkę obok łóżka i gaszę lampkę. To była zupełnie niecodzienna sytuacja. Faktycznie, kilka razy powtarzałem niektóre z misji, aby doprowadzić swoją technikę do perfekcji. Hm…Któż by pomyślał? Jutro ostatni dzień w szkole przed feriami, a następne od razu zaczynamy przygotowania do kolacji rodzinnej. Teraz idę w końcu wybrać tę utęsknioną opcję NEW GAME. Czas rozpocząć przygodę.

Środa 22. 12. 1999.

Ręce mi drżą. W zasadzie pisanie czegokolwiek to strata czasu. Nie rozumiem też po co chodzimy jeszcze do szkoły w te ostatnie dni, skoro prawie zupełnie nic konkretnego w niej nie robimy. Nasz świąteczny nastrój całkowicie psuje atmosferę sprzyjającą przyswajaniu wiedzy. Zauważyłem, a właściwie to kolega zauważył, że miewałem dziś nagłe skurcze mięśni ramienia. W dodatku obejmowałem często łokieć ręki, którą dotykały skurcze. Szybko zdałem sobie sprawę, że układałem ją zupełnie tak, jak Snake kiedy… w środowisku VR był to jedynie trening, ale już wtedy dźwięk temu towarzyszący brzmiał sugestywnie. Kiedy zaczęła się właściwa rozgrywka skręcanie karku nabrało trochę innego wymiaru – miało się przecież obok siebie doki, a następnie tę burzę śnieżną i bazę zamiast zielonych, cyfrowych linii. Nie miałem broni, co tylko zmuszało mnie do pozbywania się strażników w tenże sposób. Dodatkowo dopiero przy rozpoczęciu historii przypomniałem sobie briefing. Czy to właśnie Liquid Snake’a widziałem na początku stojącego w windzie? Pierwszą osobą, jaką usłyszałem było więc moje alter ego. Tylko ja jestem w stanie je pokonać. Poznałem również Mei Ling, to ona zdziwiła się tym, jak miły może okazać się płatny zabójca; szczery, a przy tym zabawny, będący sobą niezależnie od sytuacji. Wczułem się. Czemu tracę teraz czas na pisanie? Przyzwyczajenie… Czas iść dalej.

Czwartek 23. 12. 1999.

Dzisiaj dzień wolny, a więc wczoraj nawet się nie pilnowałem. Zapomniałem o tym wcześniej napisać, ale kiedy włączając grę obejrzałem intro po raz kolejny, zanim jeszcze wybrałem opcję NEW GAME, zrobiłem sobie listę. Wypisałem na niej imiona wszystkich członków FoxHound, które się w nim pojawiły. Pułkownik Campbell nic nie mówił o konieczności ich eliminacji, ale czy może być inaczej? Każdy z nich posiada określoną specjalizację w walce, przyczyni się to z pewnością do różnorodności pojedynków. Nie przepuszczę okazji powalczenia sobie z rewolwerowcem czy snajperem, a już na pewno nie z Liquidem, moim drugim ja…a właściwie Snake’a. Jak się okazało miałem rację. Wczoraj w nocy, a w zasadzie dzisiaj, miałem okazję zmierzyć się z Revolverem Ocelotem. To było zarówno potwierdzenie sensowności wykonania mojej listy, a jednocześnie jej zaprzeczenie. Z jednej strony walka się odbyła, niemal uroczyście, w niewielkim pomieszczeniu, z drugiej zaś wcale nie zabiłem przeciwnika. Jedynie pochwalił mnie i stwierdził, iż zasługuję na kryptonim jego zwierzchnika. Nie skończyliśmy naszej walki, gdyż pewien cybernetyczny Ninja odciął Ocelotowi ramię. Nie mam jednak na swojej liście tego tajemniczego osobnika, co tylko ponownie zaprzecza idei powstania tego spisu. Kim jest owa postać? Kojarzę z opisu fabuły MG2, że pojawił się w tej grze niejaki Black Ninja, ale czy może być to ten sam? Moją główną misją jest odbicie dwojga zakładników i zdobycie informacji o tym, czy terroryści są w stanie użyć broni atomowej. Pierwszy punkt został już jednakże skreślony, bowiem kolejny z zakładników zmarł na zawał serca. Podejrzane. Czuję się jakbym to ja sam sprowadzał na nich śmierć. Czyżby umarli tylko dlatego, że próbowałem ich uwolnić?
Spotkałem też siostrzenicę pułkownika, na imię ma Meryl. Najbardziej zapamiętałem to, jak bała się pociągnąć za spust broni. Zabicie człowieka było dla niej traumatycznym przeżyciem. To był jej pierwszy raz. Czułem, że mam z nią coś wspólnego, ale to przecież ja jestem tutaj weteranem… to znaczy ja kieruje krokami weterana.

Czwartek, wieczór 23. 12. 1999.

Pomagałem w przygotowaniach do jutrzejszego przyjęcia gości. Zajmuję się sprzątaniem domu, ale przed oczami cały czas mam zakamarki Shadow Moses. Przyłapałem się na specyficznym patrzeniu na osoby odwrócone do mnie plecami – A gdyby tak podejść i…?. Czułem się niczym szpieg… Nie, to coś znacznie więcej. Z każdą kolejną godziną przyswajałem się do sztuki zabijania. Poczułem ów dreszczyk podczas zachodzenia przeciwnika od tyłu, a kolejny, kiedy zdarzyło mi się usłyszeć znajome chrupnięcie czy trzask. Ta specyficzna radość, kiedy udało mi się upolować kolejnego. Słusznie stwierdził Raven: Podczas walki jest (Snake) jak opętany przez demona. Długo towarzyszyły mi te słowa, ale w końcu je zrozumiałem. To ja jestem tym demonem, to ja kontroluję Snake’a; ja go opętałem.
Koledzy postanowili wyciągnąć mnie na świeże powietrze. Zaproponowałem im zabawę w chowanego, moją ulubioną. Było miło. Dom już wysprzątany. Goście przybędą jutro około godziny 15. Jeszcze tylko krótka partyjka.

Piątek 24. 12. 1999.

Jest 6 rano. Właśnie wyłączyłem konsolę. Po prostu nie potrafiłem zrobić tego wcześniej. Po walce z Ninją nie mogłem już przestać grać dalej. To jest Gray Fox! – ta myśl ciągle pojawiała się w mojej głowie. Ciekawe… kompan z MG1 i wróg w MG2. Snake go zabił, a teraz zawalczył z nim po raz kolejny. Potem ponownie udało mi się spotkać Meryl. Okazało się, że nadal doskwierają jej wyrzuty sumienia spowodowane zabijaniem. Nic dziwnego, skoro obierając zawód żołnierza pragnęła być bliżej ojca, którego straciła. Snake stwierdza, że czuje się żywy dopiero wtedy, kiedy patrzy śmierci prosto w oczy. Nie jest bohaterem, tylko kimś, kto jest dobrym w tym, co robi – w zabijaniu. Czy to wszystko? A więc gram kimś takim? To nim przez cały ten czas się czułem? Więc to są bohaterowie… No dobrze.
Zaraz po moim spotkaniu z Meryl w swoje sidła złapał nas Psycho Mantis. Dziewczyna została opętana, a więc ją ogłuszyłem. Przeciwnik dopiero wtedy się ujawnił. Pragnął pokazać swoją moc i mówił o tym, co wyczytuje z myślach Snake’a. Stwierdził, iż ten unika pułapek, alarmów, ale jest brutalny i zostawia za sobą masę ciał; dużo save’uje… Dopiero, kiedy usłyszałem to ostatnie zdanie, uświadomiłem sobie, że Mantis mówi do mnie. Czyny Snake’a są przecież moimi czynami. Ja to on. Ja zabijałem, ja unikałem pułapek i oczywiście ja dużo save’owałem. Walka z Psycho Mantisem była ciekawa, to trzeba przyznać. Kazano mi zmienić slot, do którego włożony ma zostać joypad. Sprytne.
Scena, która nastąpiła po walce nie zostanie przeze mnie zapomniana po godzinie, dniu, czy nawet roku. Ten człowiek, Mantis…on był prawdziwym mordercą, psychopatą, który zniszczył swoją przeszłość i robił to samo z teraźniejszością, nie widząc przed sobą jednocześnie żadnej przyszłości. Mówił, że jestem niczym jego szef, a nawet gorszy. Porównał mnie do siebie i stwierdził, że nie czuje się przy mnie taki zły. Powinienem się oburzyć, że on, psychopata, którym powinienem gardzić, zestawia mnie ze sobą. Mimo to czułem, że coś w tym jest. Po co to wszystko robię? Chyba nie po to żeby zabijać kolejnych ludzi? Nie, przecież chcę uratować świat! Tylko, kiedy sobie o tym przypomniałem? Jakby tego było mało, Meryl podsumowała moje zachowanie mówiąc, że jestem smutnym i samotnym człowiekiem. Nawet z psami radziła sobie lepiej. W końcu skreśliłem Mantisa ze swojej listy.
Kolejna walka, tym razem ze Sniper Wolf. Postrzeliła ona Meryl, a ja musiałem biec na drugi koniec bazy po karabin snajperski, ponieważ Otaconowi się nie chciało. Czyżby pragnął mi przeszkodzić w zabiciu tej zimnej morderczyni? Może dał się zwieść jej urodzie? Nieważne, liczy się to, że kiedy powróciłem ciała Meryl już nie było. Czułem się z tym podle. Naomi zdziwiła się, że taki zabójca martwi się o postrzeloną kobietę, ale… ma w zupełności rację. Przez cały ten czas, chociaż wypominano mi, że jestem podłym mordercą, oswoiłem się z tą myślą. Biegłem… grałem dalej. Nie przestałem, po prostu byłem bardziej świadomy tego co robię. Nadal mi się podobało. Teraz jednak poczułem, że naprawdę trzeba coś zrobić. Zastrzeliłem Wolf bez trudu. Zignorowałem też niepotrzebnie ostrzeżenie Mei Ling. Nie zapisałem gry po walce i faktycznie coś się stało. Złapano mnie i od razu przyczepiono do maszyny tortur. Teraz rozstrzygała się przyszłość Meryl.
Jeśli się poddam, to kosztem jej życia. Nie mogłem tego zrobić, nie po tym wszystkim. Przypomniałem sobie, co mówił Mantis: Masz duże miejsce w jej sercu. Wygrałem. Czas na drzemkę.

Piątek, późny wieczór 24. 12. 1999.

Goście jeszcze są, wyjadają resztki kolacji i rozmawiają o tym, o czym zawsze mówią dorośli: polityka, praca, pieniądze, polityka… Słuchałem trochę, w końcu mój wiek już do tego mnie zmusza. Zadziwiające jak banalnie to teraz brzmi. Wszystko wydaje się takim pikusiem. Źli ludzie, o których mówią, są nikim w porównaniu… ze mną?! I te ich problemy… Ja wciąż muszę uratować dziewczynę, chociaż przetrwałem tortury mając otwarte (pomimo późnej pory) oczy, to wcale jej po sadystycznych wyczynach Ocelota nie widziałem. Dodatkowo muszę uciec z celi i zrobić coś z tym atomowym zagrożeniem. Nie widzę przyjemności w siedzeniu teraz tutaj i zgrywaniu poważnego. Wolę być szpiegiem, wolę… zabijać? Nie, chyba wystarczy… Śpiewanie kolęd stworzyło miłą atmosferę.

Sobota 25. 12. 1999.

Święta były całkiem miłe. Coś jednak nie pozwalało mi się na nich zupełnie skupić. Rodzice zauważyli, że jestem trochę nieobecny, co zdarzało mi się, ale tylko przy okazji ciężkich przeżyć. Uspokajałem, że to nic takiego. Wydaje mi się, że trochę skłamałem. To nie było nic takiego. Nie jestem tym samym Kubusiem. Snake powiedział, że zabijanie jest jedną z tych rzeczy, która z czasem staje się łatwiejsza. Miał rację, było całkiem prosto. Jak się okazało Big Boss był ojcem Węża, a ten wiedząc o tym, zabił go. Solid stwierdził również, że niektórzy ludzie po prostu potrzebują tego, aby ich zabić. Naomi myślała jednak inaczej, ale ja dobrze wiedziałem swoje. Nie miałem ochoty tego unikać. Po co? Stanę się lepszy? Miałem misję do wykonania i już mnie nie obchodziło, kto zginie. Jedynie poza Meryl… idę do Ciebie. To dla niej wytrzymałem kolejne tortury, to dla niej biegłem w górę wieży zapełniając schody zwłokami martwych żołnierzy, to dla niej zniszczyłem Hinda sterowanego przez Liquida. Wykreśliłem też z listy Sniper Wolf. Kolejne słowa na łożu śmierci, które zostają z człowiekiem na zawsze. Nie czekała na to by zabijać, tylko na kogoś, kto ją zabije. Czekała na mnie…
Niedługo potem wykreśliłem kolejne nazwiska. Jak się okazało, pierwszy człowiek, który dostał przy mnie zawału serca to Decoy Octopus, mistrz kamuflażu, członek FoxHound. Więc to na pewno nie był Donald Anderson, on umarł wcześniej. Co takiego powiedział Octopus? Nie bez powodu się przebrał. Ciekawe, nawet bardzo. Moją uwagę rozproszył jednak Vulcan Raven. Następna kreska na liście i kolejne ważne słowa. Mówił, że moja ścieżka nie ma końca, że jedna śmierć przynosi drugą. Dusze poległych nie dadzą mi spokoju. Mimo tego będę walczył do końca. Jego dusza będzie mnie stale obserwować. To nawet przyjemna myśl. Nie będę sam przy tym wszystkim. Powoli zbliżam się do Metal Geara. Tam wszystko się rozstrzygnie. Muszę odetchnąć.

Niedziela 26. 12. 1999.

Rano grzecznie poszedłem do kościoła. Nie byłem jednak pewny, czy przystąpić do Komunii Świętej. Po tym wszystkim… Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest prawdziwe, ale nie o to tutaj chodzi. Te wszystkie myśli, które mnie wówczas nachodziły. Przyjemność jaką z tego czerpałem. Rzeczywiste czy nie, to wciąż są przeżycia. Zrezygnowałem i wróciłem do domu. Rozglądając się po pokoju ujrzałem jedynie straszliwy bałagan. Nie tylko ja go zauważyłem. Rodzice zaczynają się martwić. Boją się, że konsola ma na mnie zły wpływ, ale udało mi się ich uspokoić. Mówię im, że to przez święta i zauroczenie nową zabawką. Po prostu powinni dać mi czas na oswojenie się z nią. Nie mają innego wyjścia. Czas skończyć to wszystko.

Poniedziałek 27. 12. 1999.

Słońce wschodzi. Promienie odbijają się od śniegu, a mnie bolą oczy. Jestem kompletnie wyczerpany, a mój pokój to już totalna ruina. Mimo to uśmiecham się. Już po wszystkim. Naomi zdradziła. Wszczepiła Snake’owi wtedy, podczas briefingu, wirus FoxDie. Miałem go roznosić i ostatecznie sam paść jego ofiarą. Czułem się jak sama śmierć. To dlatego Decoy zmarł na zawał… zresztą tak samo jak Liquid. Zniszczyłem Metal Geara, w którym siedział mój brat, zrzuciłem go podczas walki ze szczytu maszyny, a on mimo to wciąż żył. W walce zginął Gray Fox, stary kompan, którego Snake kiedyś zabił. Po tym wszystkim Frank nadal jednak był w stanie się poświęcić, aby mnie uratować. Liquid go zmiażdżył. Przed walką na pięści zadał mi jeszcze ciekawe pytanie. Dlaczego tutaj jestem? Czemu, mimo tych wszystkich kłamstw ze strony Campbella i zdrady Naomi wciąż parłem przed siebie? Całe to zabijanie sprawiło Ci przyjemność – taka była jego teoria. Mówił, że patrząc mi w oczy widział moją radość z eliminowania kolejnych, jak się okazało, genetycznych braci. Snake zaprzeczył, ale byłem częściowo nim i ze swojej strony wyczułem trochę kłamstwa. To była niezwykła przygoda, a jej nieodłącznym elementem było zabijanie. Nie była to jednak jedyna rzecz, dla której tyle się natrudziłem. To, co najbardziej mnie ucieszyło to fakt, że uratowałem Meryl. Ona również nie kryła radości. Warto było… Liquid i ja jesteśmy klonami Big Bossa i mamy identyczne DNA, a mimo to on zmarł przez FoxDie, a ja nie. Naomi powiedziała, że mam tyle czasu ile potrzebuję. Muszę po prostu żyć. I tak też zrobię. Cieszmy się życiem – jak powiedział Snake. Czas również i na mnie. Chcę żyć i czuć radość. Czułem, że ta gra, ta opowieść, coś we mnie zaszczepiła. Czy mogło być inaczej po tym wszystkim? Skończyło się szczęśliwie, ale oboje ze Snake’iem wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec. Nie tylko dlatego, że zauważyłem, iż listy nie wykreśliłem Ocelota. Nie chodziło też o ostatnią rozmowę, która sugerowała, że szczęśliwe zakończenie ani nie jest do końca szczęśliwe, ani tak właściwie nie jest zakończeniem. Pamiętałem cały czas słowa Ravena, a poza tym… czuję, że jestem żywy dopiero wtedy, gdy spoglądam śmierci prosto w oczy. Dobrze Cię rozumiem Snake… stary wygo wojenny. Wiedziałem, że wrócisz tam, gdzie Twoje miejsce, a ja razem z Tobą. Teraz masz cel. Nie jesteś sam… Dave.

To był wielki krok na przód w serii. Już MG2 wzbudzał niezwykłe jak na grę emocje, a grafika 3D i głosy postaci spotęgowały te wrażenia. Pierwsza rzecz, jaką spotykamy po włączeniu gry to świetne filmowe intro. Ten klimat utrzymuje się do samego końca. Ponownie wykorzystano motyw czwartej ściany, aby trafić bezpośrednio do odczuć gracza. Jak już wspomniałem gry akcji dają nam możliwość, a częściej zmuszają, do zabijania. Nie do końca jednak pamiętam, w jakiej grze wypominano graczowi jego grzechy. Może to dlatego, że jestem młody i nie znam klasyki. Wiem jednak, że nawet jeśli gdzieś już podobny motyw się pojawił, to później nie zyskał on na popularności. Tymczasem w MGS Hideo Kojima nam nie odpuszcza. Mówi, że jesteśmy brutalni, a może nawet bezmyślni, jeśli zostawiliśmy za sobą tyle ciał. Vice versa, kiedy unikaliśmy ognia i krwi mógł nas nazwać rozsądnymi bądź tchórzliwymi. Dawano nam przyjaciół po to, aby chwilę później ich stracić i być zmuszonym do walki o ich życie. Ludzie, którzy współpracowali z Tobą, zdradzają Cię, niektórzy robią to przez Twoje grzechy z przeszłości. Wreszcie główny przeciwnik, alter ego głównego bohatera, wypomina nam, że widział przyjemność w naszych oczach, kiedy zabijaliśmy kolejnych żołnierzy i tylko dlatego zaszliśmy tak daleko. Czerpaliśmy bowiem radość z zabijania, bo… grało się miło.

To by było na tyle. Dzisiaj jestem już stary i trochę zrzędliwy, ale MGS nadal pozostał. Nie wytrzymam miesiąca, by nie przypomnieć sobie przygód Snake’a. Ostatnio obejrzałem trailer pokazany na E3 2007. Solid to stary człowiek… Słowa, które wypowiedział podczas zwiastuna przypomniały mi o przeszłości: Nie jestem bohaterem… Nigdy nim nie byłem. Jestem tylko starym zabójcą… Wynajętym do mokrej roboty. Po tym wszystkim co przeżyłem nie mogę się zgodzić. Snake, miałeś ideę, wiedziałeś do czego dążysz. Dzięki Tobie jestem tym, kim jestem. Tkwi w Tobie morderca, dobrze to wiem i rozumiem, ale jest też coś jeszcze. Sam powiedziałeś, że nieważne czy wspomnienia są prawdziwe czy nie, ważne jest to, że w ogóle są i że są Twoje. To będzie ostatnia nasza wspólna przygoda. Znów przejdziemy przez to razem. Jak za dawnych czasów.