Zlot w Szymocicach okiem Hala

W noc bezpośrednio poprzedzającą wyjazd spałem bardzo mało. Rozregulowany zegar biologiczny przyczynił się do zatarcia granicy pomiędzy dniem, a nocą. Powodem moich kłopotów ze snem mogło być również dające się we znaki oczekiwanie. Przecież zbliżał się nieuchronnie piątek 20. lipca, a więc dzień, w którym ostatecznie przełamana zostanie bariera świata wirtualnego; dzień, w którym poznam osobiście ludzi którzy przez blisko rok ubarwiali mi skutecznie mój pobyt w internetowym świecie.

Nie pytaj o to, co Zanzibar może zrobić dla Ciebie. Zapytaj o to, co Ty możesz zrobić dla Zanzibaru.

Przed wyjazdem do Szymocic nie ukrywałem swojego rozczarowania w rozmowach z ludźmi. Pragnąłem poznać o wiele więcej osób, które decydują o obliczu naszej strony. Niestety, zdecydowana część z nich nie mogła zjawić się na miejscu spotkania. Mimo wszystko postanowiłem, że nie zrezygnuję z podróży. Czułem, że moja obecność tam jest jednocześnie moim obowiązkiem, a te należy przecież sumiennie spełniać. Nie zmieniło to wszakże faktu, iż nadal liczyłem na dobrą zabawę.

Dystans dzielący mnie od celu nie wydawał się zbyt odległy. Jednakże pokonanie tych 150 km należało rozpocząć już o godzinie 6.30. Po dotarciu do Opola zmuszony byłem poczekać na mojego kolegę, również miłośnika serii Metal Gear Solid, Fedora. Paweł jeszcze przed odjazdem naszego pociągu zamierzał złożyć niezbędne do dostania się na studia dokumenty w swojej przyszłej uczelni. Sprawę udało się szczęśliwie sfinalizować w krótkim czasie. O godzinie 11.20 znajdowaliśmy się już w pociągu wiozącym nas do Kędzierzyna Koźla.

Pierwszy dla nas w życiu pobyt w tym mieście nie okazał się zbyt szczęśliwy. Brak orientacji na obcym terenie spowodował, iż nieopatrznie spóźniliśmy się na pociąg wiodący do Nędzy, miejscowości znajdującej się w pobliżu punktu docelowego podróży. Pierwotny plan zakładający dotarcie na obszar Szymocic przed godziną 13 legł w gruzach. Na miejscu doświadczyliśmy niewielkiej przygody z pewnym niekoniecznie trzeźwym mężczyzną, który usiłował (bezskutecznie) dotrzeć do swojej ukochanej. Jego czasochłonna podróż z Hanoweru zakończyła się sukcesem dzięki naszej pomocy, za co wynagrodzeni zostaliśmy…butelką Coli.

Ostatecznie, po 2 godzinnym spóźnieniu, Paweł i ja opuściliśmy tak pechowy dla nas Kędzierzyn. Jeszcze tylko szybka przesiadka w Nędzy i już pędziliśmy pociągiem wiodącym nas bezpośrednio do Szymocic. Zniecierpliwienie i podekscytowanie – to słowa najdobitniej opisujące towarzyszące mi wówczas uczucia. Kiedy wreszcie znaleźliśmy się na szymocickiej stacji PKP próbowaliśmy jak najszybciej zlokalizować pozostałych uczestników zjazdu; wszak powinni na nas oczekiwać nieopodal. Tak też się stało. Po krótkiej chwili udało mi się dojrzeć kroczącą w oddali grupkę 4 osób. Na jej czele szedł postawny mężczyzna, który machał w naszym kierunku ręką. To kul – pomyślałem. Jak się okazało, nie myliłem się. Nieco później wszyscy już się witaliśmy. Uściski dłoni, uśmiechy na twarzy – a więc wszystko to, czego dotąd rodzaj naszej znajomości doświadczyć nie pozwalał. Poza naszym guru poznałem osobiście Solidusa Grabczasa, Snipershita i TaiCat, dziewczynę, która jeszcze do Zanzibar nie dołączyła (miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni).

Jak to jest poznać w rzeczywistości osoby, z którymi kontakt ograniczał się wcześniej jedynie do sieci? Z pewnością towarzyszą temu specyficzne odczucia. Kiedy poznajemy człowieka za pomocą Internetu, chcąc nie chcąc tworzymy sobie w myślach jego obraz, który wydaje się nam dla tej osoby najodpowiedniejszy. Rzeczywistość potrafi jednakże całkowicie go zniszczyć. Tym większe jest zdziwienie im więcej z danym człowiekiem spędziliśmy wspólnych chwil. Wyobraźnia potrafi spłatać niejednego figla. Jednak w miarę postępu czasu dochodzi się do jednoznacznego wniosku – to nadal jedna i ta sama osoba. A rozminięcie się wyobrażenia z rzeczywistością tyczy się głównie wizerunku zewnętrznego.

Po serii powitań należało niezwłocznie ruszyć w drogę. Czekał nas około 3 kilometrowy marsz w prażącym mocno słońcu. Już w drodze do ośrodka dopisywał nam humor; tak przełamane zostały pierwsze lody naszej znajomości. Pogoda dopisywała. Po półgodzinnej przechadzce naszym oczom w końcu ukazał się cel podróży. Ośrodek wyglądał efektownie. Ulokowany w pobliskim lesie sprawiał wrażenie malowniczego i zacisznego miejsca przeznaczonego do odpoczynku. O godzinie 16 już znajdowaliśmy się w przypisanym nam domku. Chwile błogiego relaksu przerwał jednak kul, który nie omieszkał zaprezentować wszystkim swojej konsoli Wii. Zabawa była przednia i nie mógł zakłócić jej nawet fakt, że odbywała się na 14’’ calowym telewizorze. Ja sam zaznałem goryczy porażki, kiedy nasz naczelny dał mi się we znaki w trakcie rozgrywki w kręgle. Srogi rewanż miał jednak wkrótce nadejść.

Na pierwszy dzień zlotu nie przewidzieliśmy zbyt wielu atrakcji, co nie znaczy, że nie było ich wcale. Po zapoznaniu się z możliwościami najnowszej konsoli Nintendo nasza niewielka grupka podzieliła się. Część osób udała się na basen, by zażyć orzeźwiającej kąpieli; druga grupa z kolei udała się na pobliskie boisko, by zrelaksować się grając w piłkę nożną. W rzeczy samej, o relaks w takich okolicznościach nie było trudno. Nastrojowa wieczorna atmosfera pozwalała zapomnieć o trudnościach dnia codziennego. Tuż po zachodzie słońca wszyscy wspólnie udaliśmy się do naszego domku. Jeszcze tylko szybka kolacja i już z niecierpliwością przystępowaliśmy do przewidzianego na ten wieczór seansu. Tytuł filmu – Akira. Po rozpoczęciu projekcji wszyscy zamarli i z olbrzymim zainteresowaniem śledzili rozwój fabuły. To legendarne anime okazało się być źródłem natchnienia dla wielu powstałych w branży gier produkcji (w tym oczywiście i dla MGSa). Nie zapomnę sytuacji, jaka miała miejsce bezpośrednio po zakończeniu seansu. Absolutnie wszyscy osłupieliśmy z wrażenia. Film wywołał u każdego tak potężny mętlik w głowie, iż trudno było nam powrócić do rzeczywistości. Poziom skomplikowania historii nie udzielił się jedynie kulowi, którego beztroskie chrapanie pozwoliło nam odzyskać przytomność umysłu.

Bezpośrednio po zakończeniu projekcji część osób (Karol i Kasia), zmęczona trudami minionego dnia, udała się na poddasze domku, by tam wypocząć. Pozostali próbowali otrząsnąć z odrętwienia swoje ciało, które popadło w letarg w trakcie seansu Akiry. Rzecz jasna, pomocne okazało się w tym Wii. Tym razem o niezwykłości konsoli Nintendo przekonało nas party game z Wario w roli głównej. Domyślam się, że rozbrzmiewające przy zabawie radosne okrzyki skutecznie utrudniały zaśnięcie Snipershitowi i TaiCat. Koniec końców, wkrótce z naszej niewielkiej grupki pozostały już przy konsoli jedynie dwie osoby. Uciążliwe problemy żołądkowe zmusiły Fedora do przedwczesnego opuszczenia naszej gromadki (przypomniały nam również o nieobecnym na zlocie Johnny’m Sasakim). Późna pora nie była też przychylna dla redaktora naczelnego. Zmożony snem kul udał się na spoczynek pozostawiając na placu boju jedynie mnie i Grabczasa. Dzięki przywiezionej przez Karola na zjazd konsoli PS2 mogliśmy rozegrać kilka pasjonujących partii w Burnout: Revange. W trakcie rozgrywki z zewnątrz dochodziły do naszych uszu dźwięki zbliżającej się nieuchronnie burzy; Grabczas skojarzył je nieopatrznie z odgłosami pociągu (być może nie chciał zdawać sobie sprawy z zagrożenia). Po godzinie 2, niezwykle zmęczeni, postanowiliśmy położyć się do snu. Następny dzień zapowiadał się na jeszcze intensywniejszy.

Pierwsza noc w Szymocicach minęła stosunkowo szybko. Oczy otworzyłem już o godzinie 9, co w czas wakacji jest dla mnie wczesną porą. Jak się okazało nikt nie miał problemów ze snem i kiedy wstawałem wszyscy byli już na nogach. Należało się jednak pośpieszyć. Na sobotnie przedpołudnie zaplanowaliśmy bowiem wypad do położonego około 2 km od ośrodka sklepu. Nasze zapasy wody znajdowały się na wyczerpaniu, a pogoda nie dawała za wygraną – nadal panował upał. Wyprawa nie odznaczyła się niczym nadzwyczajnym; może za wyjątkiem jednego. Otóż już w drodze powrotnej do domku nasza gromada podzieliła się na dwie grupki – jedni, przekonani o swojej racji, postanowili iść lewą stroną ulicy; drudzy natomiast, pewni zgodności z przepisami drogowymi, obrali prawą stronę jezdni jako swój szlak. Spór ten do dziś dnia nie został rozwiązany (A tutaj napisali, że to ja miałem racje – dop. kul).

Niemalże od razu po powrocie do ośrodka ruszyliśmy z przytupem – jeden z przewidzianych na sobotę turniejów czas rozpocząć. Na pierwszy ogień poszedł Tekken V. Ja sam podjąłem się jego organizacji; przy liczbie 6 uczestników nie nastręczało to jednak większych trudności. Potyczki prowadzone były w przyjaznej atmosferze, ale nie do końca w duchu fair play. W trakcie turnieju wyszło na jaw, iż Fedor wraz kulem dopuścili się oszustwa! Rzeczona dwójka specjalnie remisowała swoje walki, tłumacząc to dodatkowo faktem nieznajomości gry (Nieprawda, my jesteśmy po prostu na bardzo podobnym poziomie – dop. kul). Z ich to winy pojedynki w jednej z grup musiały zostać powtórzone. Oto ostateczna klasyfikacja turnieju w Tekken V:

1. Hal (Asuka / Wang)
2. TaiCat (Hworang / King)
3. Fedor (Law)
4. kul (Paul / Murdock)
5. Snipershit
6. Grabczas

Turniej wywołał mnóstwo emocji, które należało następnie skutecznie odreagować. Na szczęście nadarzyła się ku temu doskonała okazja, z którą wiąże się dla mnie dodatkowo najbarwniejsze wspomnienie. Otóż czteroosobowa grupa w składzie: Hal, kul, Fedor i Karol udała się na pobliski kort tenisowy. Dla części z nas, w tym również dla mnie, była to pierwsza w życiu styczność z tymże sportem. Po pierwszych niezdarnych próbach, które Snipershit nazwał paraolimpiadą w Szymocicach, nadszedł w końcu moment przełomowy. Przy asyście Grabczasa (znającego rzekomo reguły owej gry) odbyliśmy kilka pojedynków deblowych. Sam miałem okazję stanąć u boku naszej żywej legendy, by wspólnie bronić honoru redakcji. Niestety, na chęciach się skończyło. Moje nieobeznanie z rakietą tenisową, a także niska mobilność kula (nie chciał w ogóle biegać!), przełożyły się na porażkę. Wykończony konfrontacją redaktor naczelny udał się do domku by wziąć prysznic. Wkrótce podobnie postąpił Snipershit. Na korcie pozostałem jedynie ja i Fedor, nowicjusze totalnie zafascynowani nowopoznanym sportem. Wieczorne słońce nad Szymocicami prażyło niemiłosiernie, a my niezmordowani nadal dzierżyliśmy w swych dłoniach tenisowe rakiety, niczym antyczni herosi. Najwyraźniej podobne wrażenie odniósł tajemniczy mężczyzna w zielonym sweterku, który przysiadł na pobliskiej ławeczce i przyglądał się naszej grze. Po powrocie na kort kul stwierdził, iż był to wysłannik z kortów Rolanda Garossa. Sam redaktor naczelny zrobił nam kilka efektownych zdjęć, po czym wszyscy pośpiesznie udaliśmy się do domku – nadeszła pora na quiz. Na miejscu oczekiwał nas obiad sporządzony przez Kasię. Przygotowany specjalnie według japońskiej receptury ryż, każdemu przypadł do gustu.

Przygotowanych zostało aż 40 pytań, które kul określił mianem średnio-trudnych. Był to pierwszy quiz z wiedzy o MGSie, który odbywał się na świeżym powietrzu, a w którym miałem przyjemność brać udział. Atmosfera była wręcz niepowtarzalna. Chciało się wręcz krzyknąć: Chwilo! Trwaj wiecznie! Jak się ostatecznie okazało, a jak można było się spodziewać, poziom trudności nie oscylował w granicach średniego. Nierzadko zdarzały się pytania ciężkie, które wszystkim nastręczały trudności. Szczęśliwie i tym razem to mnie udało się zwyciężyć w całym quizie; drugie miejsce przypadło Pawłowi (jak tylko uruchomię skaner wrzucę odpowiedzi TaiCat 😀 – dop. kul).

Kiedy zakończyliśmy rozgrywkę quizową noc była już bardzo blisko. Ciepły, letni wietrzyk nad szymocickim ośrodkiem skłonił mnie, kula i Snipershita do gry w piłkę nożną. Nie była to jakaś poważna rozgrywka, ot relaksacyjne odbijanie piłki, któremu towarzyszyła nasza dyskusja. Rozmawialiśmy dużo. O czym? Głównie o naszej stronie, a także o tych, którzy nie mogli przyjechać na zlot i pozostali w domu. Wreszcie, gdy na dobre zapadły już ciemności, powróciliśmy do domku. Zbliżała się nasza druga, a zarazem ostatnia noc w Szymocicach.

Po kolacji wśród uczestników zlotu zapanowało rozluźnienie. Humor dopisywał, czego wyrazem była skomponowana przeze mnie i TaiCat pieśń na cześć serii MGS. W radosnej atmosferze udało nam się także skompletować polska obsadę do filmu na podstawie sagi. Dla takich chwil właśnie zdecydowałem się na ten wyjazd i to one utwierdziły mnie w słuszności tej decyzji. W tak przyjacielskiej aurze rozpoczął się trzeci z przewidzianych na sobotę turniejów, konkurs speedrunowy. Głosowaniem zadecydowano, iż zawody przeprowadzone będą w MGS2, na Tankerze; obowiązującym poziomem trudności był Normal. Ja sam optowałem za tym, by rozegrać turniej na poziomie European Extreme, aczkolwiek wymowne spojrzenie kula odwiodło mnie od tego pomysłu (Nie ma sensu bawić się w EE, jeżeli tylko dwie osoby ukończyły grę na tym poziomie – dop. kul). Jako, iż zawody przeprowadzane były już późnym wieczorem, uczestnikom dokuczać zaczynała senność, która z pewnością odbiła się na ostatecznych wynikach. Oto pierwsza trójka tego turnieju:

1. Fedor – 18:49 min.
2. Hal – 21:06 min.
3. kul – 21:40 min.

Tuż po zakończeniu zawodów odbył się ostatni z turniejów. Tym razem terenem starcia było Pro Evolution Soccer 5. W zawodach nie brali udziału Grabczas (nie znoszący tej dyscypliny sportu), a także Kasia, która zbytnio zaabsorbowała swoją uwagę konsolą Dual Screen. Późna pora wyraźnie dała się we znaki kulowi, który zanotował sromotna porażkę w pojedynku z kolegą z redakcji (0-6 z Halem!; Tak po prawdzie to 0-2, w końcu gole Realowców się nie liczą – dop. kul). Zbyt mała liczba uczestników odbiła się niestety na atrakcyjności całego turnieju, którego ostateczne wyniki przedstawiają się następująco:

1. Hal (Brazylia / Hiszpania)
2. Fedor (Anglia)
3. kul (Ukraina)
4. Snipershit (Francja)

Kiedy ostatni gwizdek sędziego rozbrzmiał na wirtualnym boisku, wszyscy za wyjątkiem mnie i Pawła poszli spać. Pomimo, iż była już 2 w nocy, zdecydowaliśmy się rozegrać jeszcze kilka spotkań. Najzabawniejsza sytuacja miała jednak miejsce, kiedy skończyliśmy rozgrywkę i zmierzaliśmy do łóżek. Z miejsca gdzie spał kul można było usłyszeć wypowiadane przez sen słowa; wśród niezrozumiałego bełkotu wyraźnie wyłowić dało się: Hhhaaalll…(prawie jak Snaaaaaaake! – dop. kul)

Kiedy zasypiałem, nad Szymocicami już widniały pierwsze oznaki zbliżającego się dnia. Tym razem mój sen był ciężki. Nie wiem dlaczego, być może przez świadomość tego, iż była to ostatnia moja noc tutaj. Obudziłem się o godzinie 11, a na południe zaplanowane zostało nasze wymeldowanie się z domku. Nie było czasu by nacieszyć się ostatnimi minutami pobytu w Szymocicach. Wszystko działo się niezwykle szybko. Nim to sobie w pełni uświadomiłem, już znajdowaliśmy się poza terenem ośrodku w drodze na dworzec PKP. Szliśmy bardzo szybko, czas naglił. Kiedy wreszcie znaleźliśmy się na peronie nadarzyła się jeszcze okazja, by pozostawić po sobie wymowny znak. W imieniu uczestników zlotu tuż obok rozkładu jazdy wyryłem dużych rozmiarów napis METALGEARSOLID.US. Zaraz potem dało się słyszeć odgłos nadjeżdżającego z oddali pociągu. Nadszedł czas pożegnań. Właśnie wtedy pierwszy raz zagościł wśród nas smutek. Pocieszną wydała się jednak myśl, iż spotkamy się niedługo na stronie, a do następnego zlotu pozostał już niecały rok…